← Wszystkie teksty

The Verve, cz. IV. Forth. Powrót, który nie próbował cofnąć czasu

The Verve wrócili po jedenastu latach, ale nie po to, żeby ponownie zamieszkać w 1997 roku. Forth nie jest drugim Urban Hymns, choć pamięta jego szerokie melodie i stadionowe gesty. Nie jest też pełnym powrotem do psychodelicznego początku grupy, chociaż Nick McCabe (gitara) regularnie otwiera na nim drzwi prowadzące do tamtego świata. To płyta czterech ludzi, którzy ponownie znaleźli wspólny rytm, lecz niekoniecznie wspólną przyszłość.

Powrót bez obowiązku udawania roku 1997

Powroty zespołów przypominają spotkania po latach, podczas których wszyscy zapewniają, że chodzi o przyjaźń, muzykę i domknięcie historii. Nikt nie wspomina o pieniądzach, ponieważ pieniądze mają wyjątkowo zły słuch i mogłyby poczuć się niezręcznie. Publiczność również uczestniczy w tej umowie, kupuje bilet, zakłada dawną koszulkę i przez dwie godziny udaje, że czas potrafi zachować się przyzwoicie.

Kiedy w czerwcu 2007 roku ogłoszono reaktywację The Verve, do wspólnego grania wrócili Richard Ashcroft (wokal), Nick McCabe, Simon Jones (gitara basowa) i Peter Salisbury (perkusja). Oryginalny kwartet nie grał razem od niemal dekady, więc sama obecność Ashcrofta i McCabe’a w jednym pomieszczeniu wydawała się wydarzeniem. Gdyby wytwórnia sprzedawała bilety na próbę dźwięku, prawdopodobnie również zabrakłoby miejsc.

Forth ukazało się 25 sierpnia 2008 roku, jedenaście lat po Urban Hymns, w świecie, w którym britpop zdążył już przejść z teraźniejszości do rubryki wspomnień. Album zadebiutował na pierwszym miejscu brytyjskiej listy sprzedaży i pozostał tam przez dwa tygodnie. The Verve nie potrzebowali więc rekonstrukcji roku 1997, żeby ponownie zostać zespołem numer jeden.

Najbardziej przewidywalnym ruchem byłaby próba napisania kolejnego Bitter Sweet Symphony. Wielkie smyczki, wielki refren, Ashcroft spoglądający w dal z miną człowieka, który właśnie poznał sens istnienia, ale chwilowo nie może go zdradzić z powodów kontraktowych. Forth wybiera mniej wygodną drogę. Jest długie, chwilami niezdyscyplinowane, czasem piękne, a niekiedy tak pochłonięte własną przestrzenią, że zdaje się zapominać o słuchaczu. Właśnie dlatego brzmi jak prawdziwa płyta The Verve.

Cztery osoby, dwa języki

The Verve nigdy nie byli zwykłym zespołem towarzyszącym Richardowi Ashcroftowi. Ashcroft przynosił melodie, słowa i gesty zdolne wypełnić stadion. McCabe potrafił następnie sprawić, że ten stadion znikał pod warstwą pogłosów, sprzężeń i dźwięków przypominających bardziej zjawiska pogodowe niż partie gitarowe. Jones utrzymywał muzykę blisko ziemi, Salisbury nadawał jej ruch, a gitara konsekwentnie próbowała opuścić atmosferę.

Sit and Wonder natychmiast przypomina, na czym polega różnica między The Verve a solową działalnością Ashcrofta. Bas nie prowadzi grzecznie do refrenu, lecz wbija się w jeden punkt. Perkusja utrzymuje niemal plemienny puls, a gitara McCabe’a nie ozdabia piosenki. Wyznacza jej pogodę. Nad tym wszystkim Ashcroft śpiewa jak człowiek, który odzyskał dawny zespół, lecz nie sprawdził jeszcze daty ważności.

Jego głos jest cięższy niż na pierwszych płytach. Nie próbuje odtworzyć młodzieńczej gorączki, ponieważ takie próby zwykle kończą się drogą kurtką, źle dobraną fryzurą i wywiadem o odzyskanej energii. Ashcroft brzmi jak ktoś, kto zna większość zakrętów, a mimo to ponownie wsiada do samochodu.

Między piosenką a przestrzenią

Love Is Noise otrzymało niewdzięczne zadanie. Miało ogłosić, że The Verve nadal istnieją, a równocześnie nie brzmieć jak własny zespół hołdowniczy. Przetworzona pętla wokalna wprowadza mechaniczny puls, wokół którego grupa buduje utwór o stadionowej skali. Singiel dotarł do czwartego miejsca brytyjskiej listy, lecz jego siła nie polega wyłącznie na rozmiarze refrenu. McCabe traktuje gitarę jak źródło światła, szumu i ciśnienia, natomiast sekcja rytmiczna prowadzi całość naprzód bez obietnicy, że droga kończy się w rozsądnym miejscu.

Bardziej klasyczne Rather Be pokazuje stronę Ashcrofta, która potrzebuje wyraźnej melodii i szerokiego refrenu. Judas oraz Numbness zanurzają płytę w cięższej atmosferze, a Noise Epic przez ponad osiem minut rozpada się, gęstnieje i wraca, jakby decyzja o zakończeniu należała do kogoś, kto właśnie wyszedł ze studia. Może drażnić, lecz przypomina, że The Verve nie powstali po to, żeby sprawnie dostarczać trzyipółminutowe single.

Najlepsze chwile Forth pojawiają się wtedy, gdy zespół przestaje pilnować piosenki i zaczyna budować przestrzeń. Ashcroft chce prowadzić melodię ku światłu, McCabe rozpuszcza jej krawędzie, a Jones z Salisbury odnajdują rytm pomiędzy tymi pragnieniami. Czasem pilnują, żeby muzyka nie odleciała zbyt daleko. Czasem najwyraźniej postanawiają zobaczyć, co się stanie.

Ostatnie światło

Końcową część albumu tworzą Valium Skies, nocne i psychodeliczne Columbo oraz zamykające standardową edycję Appalachian Springs. Ten ostatni utwór nie przynosi efektownego triumfu. Powoli rozluźnia napięcie, zostawia melodię bez ostatecznej odpowiedzi i pozwala gitarze rozszerzać przestrzeń, zamiast zatrzaskiwać drzwi.

Forth nie powstało jako album pożegnalny. Nie ma w nim eleganckiego ukłonu ani poczucia, że muzycy wiedzą, iż właśnie zapisują ostatnią stronę. Ostatnie koncerty tego etapu działalności odbyły się w sierpniu 2008 roku, a publiczna informacja o kolejnym rozpadzie pojawiła się niemal rok później. The Verve wrócili, nagrali płytę numer jeden i ponownie zniknęli. Zawsze mieli szczególny talent do tworzenia muzyki większej niż własna zdolność pozostawania razem.

Forth nie jest równie przełomowe jak A Storm in Heaven, równie napięte jak A Northern Soul ani równie kompletne jak Urban Hymns. Jego wartość leży gdzie indziej. Pokazuje, że brzmienie The Verve nie należało wyłącznie do jednej dekady. Powstawało za każdym razem, gdy głos Ashcrofta spotykał gitarę McCabe’a, a sekcja rytmiczna próbowała utrzymać ten konflikt w jednym utworze.

Powrót nie cofnął czasu. Na szczęście. Gdyby The Verve naprawdę próbowali odtworzyć rok 1997, powstałaby zapewne wierna kopia wspomnienia, elegancko opakowana, dobrze wypromowana i całkowicie niepotrzebna. Forth jest mniej wygodne, nierówne, chwilami zbyt długie, czasem piękne, czasem zagubione. Dzięki temu pozostaje żywe.

Nie zamyka historii wykrzyknikiem. Pozwala jej powoli zniknąć w przestrzeni Appalachian Springs, bez pewności, że którykolwiek z czterech muzyków naprawdę powiedział ostatnie słowo.

Tony Muzyki także w aplikacji.
Wybierz język lektury i zachowaj teksty na później.

Dodaj komentarz