Anglia po zmroku

Okładka magazynu Select była gotowa na wojnę wcześniej niż jej bohater. Brett Anderson stał na tle Union Jacka, a wielki nagłówek kazał Amerykanom wracać do domu, jakby właśnie rozpoczynało się narodowe powstanie przeciwko flanelowym koszulom, gitarowym sprzężeniom i całemu deszczowi spadającemu z Seattle na brytyjskie listy przebojów. Był kwiecień 1993 roku. Debiutancki album Suede właśnie trafił do sklepów, Anglia odzyskiwała własny głos, a prasa potrzebowała twarzy, którą można przykleić do nowej epoki. Problem polegał na tym, że Suede nie mieściło się w tej fladze.

Flaga była czysta, geometryczna i jednoznaczna. Świat Bretta Andersona miał kolor nikotyny, taniego wina, rozmazanej szminki i mokrego asfaltu oglądanego z ostatniego nocnego autobusu. Nie było w nim pałaców, stadionów ani dumnego narodu maszerującego ku lepszej przyszłości. Były mieszkania z cienkimi ścianami, podmiejskie ulice, przypadkowy seks, bezsenność, tabletki, zdrady i ludzie próbujący wyglądać jak gwiazdy, chociaż następnego ranka musieli wrócić do swoich małych pokojów. Wielka Brytania Suede zaczynała się tam, gdzie kończyły się pocztówki.

Pierwszy singiel The Drowners pojawił się w maju 1992 roku i nie podbił jeszcze list przebojów. Wystarczył jednak, żeby coś przesunęło się w brytyjskiej muzyce. Gitara Bernarda Butlera nie brzmiała jak kolejna próba dogonienia Ameryki. Rozwijała się szeroko, nerwowo i teatralnie, chwilami przypominała żyrandol spadający na podłogę komunalnego mieszkania. Anderson śpiewał wysoko, przeciągał sylaby, wyginał ciało i język, jakby zwyczajne stanie przed mikrofonem było zbyt jednoznaczną formą istnienia. Nie wyglądał jak chłopak, który za chwilę zaprosi kolegów na piwo. Wyglądał jak człowiek, który może uwieść kolegę, jego dziewczynę, a później ukraść im papierosy.

To właśnie było pierwszym przewrotem Suede. Zespół nie przeciwstawił amerykańskiemu grunge’owi brytyjskiej siły. Przeciwstawił mu brytyjską sztuczność, teatralność i niepewność. Zamiast udawać naturalność, Suede pokazało kostium. Zamiast autentyczności mierzonej długością włosów oraz ilością błota na butach, zaproponowało człowieka, który sam wybiera własną pozę, ponieważ rzeczywistość zaoferowała mu wyłącznie role, których nie chciał przyjąć.

Glamour za ostatnie drobne

Wczesne Suede często ustawiano pomiędzy Davidem Bowiem a The Smiths, lecz takie porównanie porządkuje zespół zbyt wygodnie. Bowie spadał z kosmosu, Morrissey odmawiał udziału w ziemskich przyjemnościach, natomiast Brett Anderson szedł nocą przez południowy Londyn i chciał wszystkiego naraz. Pragnął piękna, seksu, sławy, miłości, upadku, narkotycznego zamroczenia i kogoś, kto zobaczy w nim człowieka niezwykłego, zanim miasto ponownie sprowadzi go do właściwych rozmiarów.

Suede nie opowiadało o luksusie. Opowiadało o udawaniu luksusu za ostatnie pieniądze. Glamour nie oznaczał limuzyny czekającej przed hotelem, lecz starannie wybraną koszulę założoną w pokoju pachnącym wilgocią. Nie był nagrodą za sukces. Był mechanizmem obronnym. Człowiek poprawiał włosy, zapalał papierosa i wychodził z domu, ponieważ tylko tyle mógł zrobić przeciwko życiu, które od początku próbowało ustawić go w szeregu.

Słychać to w Metal Mickey, które wpada do pomieszczenia z całym swoim gitarowym bezczelnictwem, lecz za refrenem pozostawia nerwowe drżenie. Słychać w So Young, gdzie młodość nie jest etapem prowadzącym do dorosłości, lecz krótkim okresem immunitetu, podczas którego można jeszcze popełniać błędy szybciej, niż pojawiają się ich konsekwencje. Słychać w Pantomime Horse, gdzie wielka melodia nie unosi człowieka ponad jego samotność, tylko pozwala dokładniej zobaczyć jej rozmiar.

Bernard Butler budował dla tych historii muzykę większą od pomieszczeń, w których rozgrywały się ich treści. Jego gitara potrafiła w ciągu kilkunastu sekund przejść od metalicznego cięcia do romantycznego rozmachu, jakby Johnny Marr nagle zapragnął zostać kompozytorem melodramatów. Anderson odpowiadał głosem, który nieustannie balansował pomiędzy męskością a jej przedstawieniem. Raz brzmiał prowokacyjnie, za chwilę rozpaczliwie, nigdy nie pozwalając ustalić, czy bohater piosenki właśnie uwodzi, błaga, szydzi, czy przygotowuje się do ucieczki.

Debiutancki album Suede ukazał się pod koniec marca 1993 roku, wszedł na pierwsze miejsce brytyjskiej listy i kilka miesięcy później otrzymał Mercury Prize. Statystyki potwierdziły sukces, ale nie tłumaczą jego znaczenia. Znacznie ważniejsze było to, że tysiące ludzi rozpoznały siebie w świecie, który nie wyglądał jak zwycięstwo. Suede nie śpiewało do pewnych siebie zdobywców. Śpiewało do tych, którzy każdego wieczoru budowali własną osobowość od początku, ponieważ żadna z dostępnych wersji nie pasowała.

Britpop przed pubem

Późniejsza opowieść o Britpopie jest głośna, męska i łatwa do sfotografowania. Piwo uniesione nad głową, gitara ozdobiona flagą, papieros przyklejony do dolnej wargi, refren śpiewany przez tysiące chłopaków przekonanych, że świat wreszcie należy do nich. W tej wersji historia zaczyna się od Oasis, przechodzi przez medialną bitwę z Blur, a kończy w rezydencji premiera, gdzie muzycy spotykają polityków i przez chwilę wszystkim wydaje się, że kultura popularna może prowadzić państwo.

Suede stało na początku tej historii, ale nie pasowało do jej zakończenia. Brett Anderson po latach mówił o Britpopie jak o coraz bardziej męskiej, nacjonalistycznej i niesmacznej karykaturze, w której nie chciał uczestniczyć. Trudno się dziwić. Zespół pomógł otworzyć epokę, która później usunęła większość jego najciekawszych cech. Seksualną niejednoznaczność zastąpiła kultura kumpli. Niepokój klasowy zamieniono w dekorację. Brytyjskość przestała być scenerią osobistego dramatu, a stała się marką drukowaną na kubkach, koszulkach i okładkach magazynów.

Pierwsze Suede nie oferowało wspólnoty zbudowanej na podobieństwie. Oferowało schronienie dla ludzi, którzy nie potrafili dopasować się do żadnej wspólnoty. Okładka debiutanckiego albumu przedstawiała dwie całujące się, androgyniczne postacie, których płeć nie dawała się odczytać jednym spojrzeniem. Ten obraz nie był dodatkiem do muzyki. Był jej streszczeniem. Ciała zbliżały się do siebie, lecz ich tożsamość pozostawała poza zasięgiem cudzej pewności.

Tak samo działały piosenki. Bohaterowie Andersona pragnęli, ale nie zawsze wiedzieli kogo. Kochali, lecz ich miłość rzadko była bezpieczna. Krzywdzili innych, pozwalali krzywdzić siebie, wchodzili do mieszkań obcych ludzi i wracali o świcie z wiedzą, której nie dało się później opowiedzieć w pracy. W tym świecie seksualność nie służyła budowaniu tożsamości. Była siłą destabilizującą, kolejną nocną ulicą prowadzącą poza granice znanego miasta.

Animal Nitrate dotarło do pierwszej dziesiątki brytyjskiej listy przebojów i zostało wykonane podczas ceremonii Brit Awards. Telewizyjna publiczność otrzymała chwytliwy gitarowy utwór, którego wnętrze było pełne przemocy, pożądania, upokorzenia i desperacji. Suede przemyciło niebezpieczne zwierzę do narodowego salonu, a następnie pozwoliło mu przejść po dywanie w świetle kamer. Tak wyglądał ich pop: piękny na tyle, żeby zostać wpuszczonym, i wystarczająco brudny, żeby pozostawić plamy.

Nowa Anglia

Suede nie wynalazło brytyjskiej muzyki gitarowej, glam rocka, androgynii ani piosenek o podmiejskim życiu. Wynalazło jednak ich nowe połączenie w chwili, kiedy Wielka Brytania potrzebowała własnego języka, ale jeszcze nie wiedziała, jak bardzo będzie chciała zamienić ten język w slogan.

The Drowners nie brzmiało jak hymn powstającego ruchu. Brzmiało jak tajemnica podsłuchana przez ścianę. Metal Mickey miało energię przeboju, ale poruszało się zbyt dziwnie, żeby stać prosto w szeregu. Animal Nitrate otwierało drzwi do świata, którego kultura masowa wolała nie oglądać. So Young zamieniało młodość w stan zagrożenia, a Pantomime Horse pokazywało, że wielkość można wyobrazić sobie nawet wtedy, gdy nie ma się dokąd pójść.

Później przyszli Blur ze swoim talentem do społecznej obserwacji, Pulp z klasową precyzją Jarvisa Cockera oraz Oasis z obietnicą, że każdy chłopak z osiedla może wejść na stadion i zażądać nieśmiertelności. Każdy z tych zespołów rozszerzył granice Britpopu, ale to Suede jako pierwsze narysowało jego nocną mapę. Bez niej brytyjskość mogłaby pozostać wyłącznie zestawem muzycznych odniesień. Anderson i Butler zamienili ją w miejsce zamieszkania, pełne zapachu dymu, niskiego sufitu, mokrych chodników i ludzi pragnących czegoś więcej, chociaż nie potrafili jeszcze tego nazwać.

Britpop dostał swoją flagę, bohaterów, bitwy, stadiony i oficjalną mitologię nieco później. Suede zdążyło już wyjść z klubu o świcie, z rozpiętą koszulą, rozmazaną szminką i deszczem wsiąkającym w rękawy. Na ulicy nie grał żaden narodowy hymn. Był tylko odgłos pierwszego autobusu i nowe przekonanie, że Anglia nie musi być tym, co powiewa nad głową. Może być wszystkim, co zostaje na skórze.

Najbardziej brytyjskie w Suede nie były akcent, inspiracje ani znajomość starych płyt. Było nim napięcie pomiędzy rozmiarem marzenia a ciasnotą codziennego życia. Człowiek stał w małym pokoju, ale śpiewał tak, jakby dach właśnie odleciał. Nie posiadał niczego, lecz przez cztery minuty poruszał się jak arystokrata własnego upadku. Wiedział, że prawdopodobnie przegra, jednak zadbał o to, żeby porażka miała właściwą fryzurę.

Faktyczna konstrukcja artykułu opiera się na kwietniowej okładce Select z Brettem Andersonem i hasłem wymierzonym w amerykańską dominację, premierze The Drowners w maju 1992 roku, wydaniu debiutu 29 marca 1993 roku oraz jego zwycięstwie w Mercury Prize. Animal Nitrate osiągnęło siódme miejsce brytyjskiej listy. Anderson rzeczywiście później odcinał Suede od Britpopu, który oceniał jako coraz bardziej nacjonalistyczny, mizoginiczny i zdominowany przez kulturę chłopaków.

Dodaj komentarz