Pulp nigdy nie należał do zespołów, które próbowały zwrócić na siebie uwagę pierwszym uderzeniem gitary; kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych Wielka Brytania zakochiwała się w coraz większych refrenach, coraz głośniejszych wzmacniaczach i coraz odważniejszych deklaracjach własnej wielkości, z Sheffield przychodziła muzyka zaskakująco spokojna, niemal uprzejma, jak człowiek, który wchodzi do zatłoczonego pubu, zamawia piwo, siada z boku i dopiero po godzinie okazuje się najciekawszym rozmówcą w całym pomieszczeniu; właśnie dlatego Pulp nie zdobywa słuchacza od pierwszej sekundy, lecz od pierwszego zaufania, bo ta muzyka nie chce zostać zdobyta, tylko odkryta.

Najłatwiej zachwycić się Jarvisem Cockerem (wokal), ponieważ jego głos natychmiast przyciąga uwagę, balansując gdzieś pomiędzy teatralnym monologiem a zwyczajną rozmową prowadzoną późnym wieczorem, jednak prawdziwa magia zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajecie śledzić wyłącznie wokalistę i pozwalacie uszom powędrować dalej; nagle okazuje się, że Candida Doyle (instrumenty klawiszowe) nie ozdabia tych piosenek, lecz buduje ich światło, miękkie i chłodne zarazem, jak lampy odbijające się w mokrym asfalcie Sheffield, Steve Mackey (gitara basowa) nie gra po to, żeby imponować techniką, lecz żeby prowadzić melodie pewnym krokiem przez wszystkie zakręty, Nick Banks (perkusja) nie wybija rytmu z wojskową dyscypliną, ale oddycha razem z zespołem, zwalnia i przyspiesza niemal niezauważalnie, a Mark Webber (gitara), podobnie jak wcześniej Russell Senior (gitara, skrzypce), rozumie coś, czego wielu gitarzystów nie potrafi zaakceptować nawet po całym życiu grania; cisza między dźwiękami bywa równie ważna jak same dźwięki!

Posłuchajcie Common People, ale spróbujcie choć raz zapomnieć o słowach, ponieważ właśnie wtedy zaczyna się najciekawsza podróż; utwór nie otwiera wszystkich drzwi naraz, nie rzuca się z refrenem na słuchacza, nie próbuje natychmiast udowodnić własnej wielkości, tylko cierpliwie układa kolejne elementy, najpierw bas, gitara i syntezator wyznacza kierunek, potem wokal (zaczyna dość szybko), perkusja zaczyna porządkować przestrzeń, klawisze rozsuwają ściany pokoju, gitary pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne, ani sekundy wcześniej, ani sekundy później, czyli na początku, a refren nie jest fajerwerkiem przygotowanym dla stadionu, lecz naturalnym skutkiem narastającego napięcia; nie wybucha dlatego, że producent uznał to za dobry moment, tylko dlatego, że melodia nie mogła już dłużej utrzymać emocji w zamknięciu!

To właśnie odróżnia Pulp od wielu zespołów britpopowych; Oasis budował monumentalność, Blur uwielbiał muzyczne przebieranki, Suede kochał romantyczny przepych, natomiast Pulp wybierał precyzję, cierpliwość i dyscyplinę, dzięki czemu każda piosenka przypomina dobrze napisaną powieść, w której nie znajdziecie przypadkowego rozdziału ani zbędnego bohatera, ponieważ nawet pojedynczy akord ma tutaj swoje uzasadnienie, każda pauza wynikająca z naturalnego oddechu melodii prowadzi do następnego motywu, a każdy instrument pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinien, nigdy wcześniej, nigdy później.

Ogromny udział miał w tym Chris Thomas (producent), który zrobił rzecz pozornie prostą, lecz w rzeczywistości niezwykle trudną; zamiast próbować podpisać płytę własnym ego, pozwolił przemówić zespołowi, dzięki czemu Different Class (https://open.spotify.com/album/3ly9T2L4pqTZijFgQssd3x?si=U_KgOiQ-TTGHoARCFZ5Ttg&utm_source=copy-link)

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5uy_kpuC1lbty7PpQTYoJJg4wLInprUiB07RM&si=eA4TBzdz3CEo7oBO do dziś brzmi świeżo, przestrzennie i zaskakująco współcześnie, bo słyszycie tutaj powietrze pomiędzy instrumentami, słyszycie miejsce pozostawione dla pogłosu, słyszycie, że nic nie zostało upchnięte na siłę, nic nie walczy o pierwszeństwo, nic nie domaga się uwagi krzykiem, a przecież właśnie ta powściągliwość sprawia, że całość przyciąga znacznie mocniej niż wiele płyt nagranych z dużo większym rozmachem.

Najpiękniejsze w muzyce Pulp jest jednak to, że z każdym kolejnym odsłuchem przesuwacie własny punkt ciężkości; za pierwszym razem zapamiętujecie refren, za drugim zaczynacie zwracać uwagę na linię basu, za trzecim odkrywacie klawisze Candidy Doyle, za czwartym uświadamiacie sobie, jak subtelnie perkusja zmienia energię całej piosenki, a później przychodzi moment najcenniejszy, kiedy przestajecie słuchać pojedynczych instrumentów i zaczynacie słyszeć przestrzeń pomiędzy nimi, tę niewidzialną tkankę, z której powstaje charakter zespołu; właśnie wtedy dociera do Was, że Pulp nie komponował przebojów, lecz światy, do których chce się wracać, choć doskonale wiecie, jak skończy się każda melodia.

Być może właśnie dlatego tak trudno znaleźć drugi zespół brzmiący podobnie; wpływy glam rocka, synth popu, disco, art rocka czy klasycznego brytyjskiego popu można rozłożyć na czynniki pierwsze, można wskazać inspiracje, prześledzić muzyczne rodowody i stworzyć najdokładniejszą mapę dźwięków, ale nie da się opisać tego jednego, ulotnego momentu, kiedy wszystkie elementy nagle zaczynają oddychać wspólnym rytmem, a piosenka przestaje być sumą instrumentów i zamienia się w opowieść.

Pulp nigdy nie próbował zawładnąć stadionem; wolał zostać z Wami jeszcze chwilę po zakończeniu koncertu, kiedy światła powoli gasną, obsługa zbiera pierwsze plastikowe kubki, na scenie zostają tylko pojedyncze refleksy odbijające się od instrumentów, a w głowie zamiast hałasu pozostaje melodia, która nie chce odejść, ponieważ najlepsza muzyka nie kończy się wraz z ostatnim akordem, lecz zaczyna żyć dopiero wtedy, kiedy wracacie nocą do domu i orientujecie się, że idziecie dokładnie w tempie, które kilka minut wcześniej wyznaczał Nick Banks (perkusja), nucicie pod nosem linię, którą prowadził Steve Mackey (gitara basowa), a gdzieś ponad tym wszystkim wciąż unoszą się dyskretne klawisze Candidy Doyle (instrumenty klawiszowe); wtedy naprawdę rozumiecie, czym jest Pulp.
Nie zespołem. Sposobem słyszenia świata.

Dodaj komentarz