Tunel połykał światło kawałkami, a Ford Bronco pruł pustą czteropasmówką tak szybko, jakby próbował wyrwać asfalt spod własnych kół.
„No Cars Go” zaczyna się od pragnienia, którego większość ludzi nawet nie umie już poprawnie nazwać, bo współczesny świat skutecznie nauczył człowieka mylenia wolności z wygodą. Wolność miała pachnieć benzyną, nocnym powietrzem i chłodnym metalem drzwi samochodu zatrzaskiwanych gdzieś przed podróżą. Wyszło jak zwykle. Dzisiaj wolność sprzedawana jest w abonamencie, aplikacji i pięciu ratach zero procent.
Arcade Fire w „No Cars Go” przypominają jednak coś dużo starszego i dużo bardziej pierwotnego. To nie jest piosenka o transporcie ani nawet o podróży. To jest piosenka o miejscu, którego nie da się odnaleźć na mapie, bo ono istnieje wyłącznie w ruchu. W momencie pomiędzy jednym punktem a drugim. W chwili, kiedy człowiek jeszcze nie dotarł i dlatego przez kilka minut może wierzyć, że wszystko jest możliwe.
Już pierwsze sekundy brzmią jak otwierające się wrota do czegoś większego niż zwykły indie rock. Syntezatory i smyczki nie budują tutaj klimatu w klasycznym sensie. One rozciągają przestrzeń. Jakby ściany pokoju zaczynały odsuwać się coraz dalej, a człowiek nagle orientował się, że całe jego życie było dużo mniejsze, niż myślał. Potem wchodzi rytm, który nie prowadzi do tańca, tylko do rozpędu. To bardzo ważna różnica. „No Cars Go” nie chce, żebyś kiwał głową. Ono chce, żebyś ruszył przed siebie.
I właśnie dlatego ten utwór tak dobrze działa nocą. Szczególnie w samochodzie. Szczególnie wtedy, kiedy miasto zaczyna pustoszeć, światła odbijają się od mokrego asfaltu, a tunelowe lampy tną wnętrze auta równymi błyskami, jakby rzeczywistość zamieniała się w starą taśmę filmową. Człowiek siedzi wtedy za kierownicą i przez chwilę naprawdę czuje, że nie należy do nikogo. Ani do pracy, ani do algorytmów, ani do własnej historii. Tylko do drogi.
„No Cars Go” ma w sobie coś z dziecięcego mitu o tajnym przejściu. Kiedy jest się dzieckiem, człowiek wierzy jeszcze, że gdzieś istnieje miejsce ukryte przed światem dorosłych. Las za blokiem. Opuszczony budynek. Plaża zimą. Pokój, do którego nie wolno wchodzić. Potem dorastamy i większość ludzi zabija w sobie tę część wyobraźni, zamieniając ją na kalendarz Google i stabilność emocjonalną imitowaną przez kupowanie rzeczy, których nie potrzebują. Arcade Fire idą dokładnie w przeciwnym kierunku. Oni w tej piosence próbują uratować ostatni fragment tamtego myślenia.
Refren brzmi jak manifest ludzi, którzy nie chcą już uczestniczyć w codziennym ruchu świata. „No cars go” nie oznacza tutaj dosłownie miejsca bez samochodów. Chodzi o przestrzeń poza systemem normalności. Poza obowiązkiem ciągłego działania, odpowiadania, wygrywania, udowadniania swojej wartości. To dlatego ten utwór jest jednocześnie euforyczny i smutny. Ta kraina istnieje najwyżej przez chwilę. W muzyce. W zakochaniu. W nocnej podróży… W momencie, kiedy człowiek przestaje patrzeć na siebie oczami innych ludzi.
Arcade Fire zawsze mieli w sobie coś z zespołu, który chciał zamienić koncert w rytuał. Nie interesowała ich chłodna perfekcja ani ironiczny dystans typowy dla dużej części indie rocka z tamtych lat. Oni grali tak, jakby każda piosenka miała być ostatnią szansą na wspólne ocalenie. W „No Cars Go” słychać to szczególnie mocno. Instrumenty nie są tu poukładane grzecznie obok siebie. One się piętrzą, nakładają, pchają do przodu, jak tłum ludzi biegnących przez otwartą bramę.
I nagle ten cały utwór zaczyna przypominać coś więcej niż piosenkę. Bardziej sen o ucieczce. Nie przed konkretnym człowiekiem czy miejscem, ale przed ciężarem własnego życia. Człowiek słucha tego numeru i widzi siebie na pustej czteropasmowej drodze, w wielkim aucie sunącym przez nocny tunel, bez innych samochodów, bez końca trasy, bez konieczności tłumaczenia dokąd właściwie jedzie. Światła migają rytmicznie po szybach i desce rozdzielczej, silnik mruczy jednostajnie, a muzyka Arcade Fire rośnie coraz wyżej, aż w pewnym momencie przestaje być tłem. Staje się powietrzem.
„No Cars Go” jest piosenką o wolności, która zawsze pachnie lekką katastrofą. Bo prawdziwa wolność prawie zawsze zawiera w sobie melancholię. Człowiek czuje ją najmocniej właśnie wtedy, kiedy przez chwilę naprawdę oddycha pełną piersią i nagle dociera do niego, jak rzadkie są takie momenty. Dlatego ten utwór tak boli pod całą swoją euforią. On przypomina, że istnieje jakaś wersja życia bardziej prawdziwa niż ta codzienna, ale bardzo trudno zatrzymać ją przy sobie na dłużej.
„No Cars Go” nie starzeje się ani trochę. Bo świat przez lata zmienił się technologicznie niemal nie do poznania, ale ludzkie pragnienie pozostaje identyczne. Nadal chcemy wierzyć, że istnieje droga prowadząca poza hałas. Poza presję. Poza wszystkie role, które człowiek musi codziennie odgrywać. Nadal marzymy o miejscu, do którego nie dociera żaden ruch świata.
Arcade Fire nie pokazują tego miejsca dokładnie. I bardzo dobrze, gdyby je nazwali, natychmiast stałoby się kolejną atrakcją turystyczną z parkingiem i budką z kawą speciality za 24 złote. Oni zostawiają je gdzieś daleko przed nami, za ostatnim światłem tunelu, za ostatnim zakrętem, za granicą widzialności.
Za ostatnim światłem tunelu nie czeka żadne objawienie. Tylko noc, rozpędzony silnik i przez kilka minut cudowne złudzenie, że świat jednak nie zdążył człowieka całkiem oswoić.

Dodaj komentarz