To piosenka, nie zaczynająca się jak piosenka, tylko jak wezwanie, jak pierwszy sygnał czegoś większego niż dźwięk, i właśnie tak działa „I Wanna Be Adored”, bo to intro nie tyle wchodzi, co powoli osiada w powietrzu, rozciąga je, zagęszcza, a potem nagle okazuje się, że jesteś już w środku świata, który nie potrzebuje pośpiechu, bo jego siła bierze się z napięcia, z odwlekania, z tej dziwnej pewności, że coś ważnego właśnie się wydarza, choć jeszcze nie umiesz tego nazwać.

To otwarcie debiutu The Stone Roses zespołu o tej samej nazwie, ale słowo „otwarcie” jest tu mylące, bo ten utwór nie wprowadza do płyty, tylko ustanawia jej sens, ustawia ją od razu wyżej, gdzieś pomiędzy zwykłym słuchaniem a doświadczeniem, które zostaje w człowieku na lata i wraca w momentach, których nie da się zaplanować.

Tytuł można odczytać banalnie, jako deklarację próżności, jako potrzebę bycia podziwianym, ale to byłoby zatrzymanie się na powierzchni, bo w tej piosence chodzi o coś znacznie głębszego, o pragnienie uznania własnego istnienia przez świat, o moment, w którym człowiek nie chce już tylko być, ale chce znaczyć, chce zostać przyjęty w całości, bez reszty, bez niedopowiedzeń, i dlatego głos Iana Brown’a nie brzmi jak prośba, tylko jak spokojne, niemal chłodne wypowiedzenie czegoś, co i tak już wisi w powietrzu.

To właśnie w takich momentach najlepiej widać, czym naprawdę jest brytyjska muzyka niezależna, bo ona nigdy nie była tylko stylem ani sceną, tylko długą, nieprzerwaną opowieścią, w której kolejne zespoły dopisują własne rozdziały, ale zawsze w dialogu z tym, co było wcześniej, i dlatego słuchając The Stone Roses, słyszysz jednocześnie echo The Beatles, następnie cień Davida Bowie’go, chłód Joy Division i przestrzeń Pink Floyd’ów, a zaraz potem drogę, która prowadzi dalej, przez Cocteau Twins, Slowdive, Ride, chwilę później Radiohead, Blur, Oasis, aż po Arctic Monkeys czy Bombay Bicycle Club, i nagle okazuje się, że to wszystko nie jest listą nazw, tylko jednym wielkim, rozciągniętym w czasie doświadczeniem kulturowym.

Wielka Brytania nie ma monopolu na wielką muzykę, ale ma coś, czego trudno nie zauważyć, kiedy słucha się jej uważnie przez lata, ma zdolność zamieniania lokalnych historii w uniwersalne języki emocji, w których mieści się jednocześnie miasto, pogoda, klasa społeczna, ambicja, melancholia i potrzeba przekroczenia samego siebie, i dlatego właśnie tam indie rock nigdy nie był tylko alternatywą wobec mainstreamu, tylko jednym z jego najważniejszych silników, czymś, co zasilało kolejne fale, od gitarowej psychodelii po Britpop i dalej, aż po współczesne wariacje, które nadal niosą w sobie ten sam nerw.

„I Wanna Be Adored” stoi dokładnie w tym miejscu przecięcia, gdzie przeszłość spotyka się z przyszłością, gdzie stare inspiracje układają się w nową jakość, a nowe kierunki zaczynają się krystalizować, i dlatego ten utwór działa jak początek czegoś większego, jak moment, w którym historia jeszcze nie wie, dokąd zmierza, ale już czuje, że zmierza gdzieś ważnego.

Bez Johna Squire nie byłoby tej przestrzeni, bez Maniego i Reniego nie byłoby tego pulsującego ciała, a bez Browna nie byłoby twarzy, która potrafi unieść tak prostą frazę do poziomu, na którym przestaje być tylko tekstem, a zaczyna być deklaracją istnienia, i właśnie ta chemia sprawia, że The Stone Roses brzmią nie jak zespół, tylko jak stan, w który się wchodzi i z którego nie chce się wychodzić.

Dla mnie ta piosenka od dawna nie jest już tylko utworem z końca lat 80., tylko częścią większego, osobistego soundtracku, który budował się latami z brytyjskiej muzyki, z jej zdolności do łączenia sprzeczności, do bycia jednocześnie intymną i monumentalną, chłodną i ciepłą, elegancką i brudną, i dlatego kiedy dziś wracam do „I Wanna Be Adored”, to nie wracam do nostalgii, tylko do punktu odniesienia, do miejsca, w którym muzyka przypomina mi, po co w ogóle jest.

Bo może ostatecznie nie chodzi tu o adorację.

Chodzi o to, żeby przez chwilę poczuć, że życie ma większy ciężar, niż wydawało się jeszcze przed pierwszym dźwiękiem.

Dodaj komentarz