Ktoś odpala loopa, który miał być tylko tłem. Ktoś dorzuca bas, który lekko się rozjeżdża. Ktoś wchodzi za wcześnie, ktoś nie wchodzi wcale. I zamiast poprawki jest decyzja, żeby to zostawić. Właśnie w takim miejscu zaczyna się Undadasea. Nie od pozy, nie od wielkiej deklaracji, tylko od sytuacji, która ma w sobie luz, śmiech i ten rodzaj swobody, którego nie da się zasymulować na siłę.
Undadasea to jeden z tych składów, o których mówi się za mało, a powinno się mówić więcej. rytmy.pl określa ich jako najbardziej rozpoznawalny i intrygujący undergroundowy kolektyw hip-hopowy w Polsce, a Noizz podkreśla ich kolektywny, imprezowo-nadmorski vibe. I to już samo w sobie dużo tłumaczy. Bo tu nie chodzi o jeden głos, jedną twarz, jedną drogę. Tu chodzi o ruch kilku osób, które brzmią tak, jakby naprawdę chciały być razem, a nie tylko stać obok siebie na okładce.
Muzyka, która wydarza się po drodze
Proces twórczy Undadasea opiera się na improwizacji i wspólnych sesjach. To nie jest opowieść o wielkim planie zapisanym w notesie, tylko o wieczorach, które zamieniają się w numer. Sami mówią, że spotykają się, piszą teksty, a spora część materiału powstaje spontanicznie, podczas imprez. I właśnie dlatego ich muzyka ma w sobie coś świeżego, niedomkniętego, żywego.
W „undowej” muzyce i kompozycji jest dużo spontanu, żartu, wyluzki, chillu. To nie są ozdobniki. To jest rdzeń. Dźwięki nie muszą tu walczyć o miejsce, bo miejsce już jest. Mogą się minąć, mogą się zahaczyć, mogą chwilę pobyć obok siebie bez wyjaśnienia. I to wystarcza. Nie ma potrzeby wygładzania wszystkiego do granic sterylności, bo cały urok polega właśnie na tym, że muzyka zostaje przy życiu, a nie przy idealnym szkicu.
Kolektyw, nie solista
To, co tworzy klimat tego kolektywu, to wspólnota i przyjaźń i właśnie kolektywność.
To zdanie brzmi prosto, ale w przypadku Undadasea jest niemal definicją. Ich utwory działają jak spotkanie kilku energii, które nie próbują się zdominować. Na płytach zwrotki różnych wykonawców przeplatają się ze sobą i właśnie ta wymienność, ta płynność ról, robi największe wrażenie. Nikt nie próbuje tu odgrywać samotnego bohatera. Każdy dopowiada swoją część opowieści, każdy dokłada ruch, oddech, żart, skręt.
W tym sensie Undadasea jest bardziej wspólnotą niż zespołem w klasycznym rozumieniu. Nie takim kolektywem, który wypisuje swoją ideologię na sztandarach. Raczej takim, który po prostu słychać. W sposobie nagrywania, w doborze ludzi, w tym, jak numery się układają. Nawet kiedy wszystko jest lekkie i imprezowe, pod spodem czuć coś bardzo konkretnego: zaufanie między ludźmi.
Nikaragua Guacamole i środek ciężkości
Naturalnie pojawia się pytanie o to, kto tu prowadzi. Kto trzyma środek, kto spina całość, kto odpowiada za to, że ten chaos nie rozpada się w palcach.
Tu najczęściej wraca imię Nikaragua Guacamole. I nie bez powodu. W oficjalnych kredytach pojawia się jako osoba odpowiedzialna za miks, a w materiałach i wypowiedziach regularnie przewija się jako ktoś mocno związany z wizualną i brzmieniową stroną projektu. Można więc powiedzieć, że pełni rolę ważną, może nawet centralną, ale nie należy tego mylić z klasycznym liderowaniem.
Undadasea nie działa jak układ frontman plus reszta. Bardziej jak organizm, w którym jedna osoba bywa bliżej środka, ale nie zamyka innym przestrzeni. Dlatego bezpieczniej mówić o ciężarze, wpływie, kierunku, niż o oficjalnym liderze. Taki model pasuje tu dużo lepiej. Ta muzyka nie ustawia hierarchii wprost. Ona raczej pozwala jej się chwilowo zarysować, a potem znowu rozmyć.
Nadmorski chill bez napinki
Undadasea ma też coś bardzo konkretnego w brzmieniu. Taki rodzaj swobody, który kojarzy się z wieczorem, ciepłym powietrzem, rozmową przy stole, miejscem, gdzie nikt nie siedzi prosto. Noizz pisał o niewymuszonym chillerskim anturażu, a rytmy.pl o rodzinnej atmosferze i czystej zajawce. To nie są słowa przypadkowe. One dobrze opisują, dlaczego te numery nie brzmią jak projekt robiony pod tabelkę, tylko jak coś, co wydarzyło się z potrzeby bycia razem.
W tym wszystkim jest też nadmorski klimat, ale nie w pocztówkowym sensie. Nie plaża jako dekoracja. Raczej przestrzeń, w której można oddychać szerzej. Właśnie stamtąd bierze się ich luz. Nie z obojętności, tylko z komfortu. Z tego, że nikt nie musi niczego udowadniać co trzy sekundy.
Dlaczego o Undzie warto pisać
Bo to nie jest tylko ciekawy skład. To jest sposób myślenia o muzyce. Ich numery nie są wyłącznie sumą beatów i wersów. Są zapisem relacji. Zapisem momentu, w którym kilka osób jest w jednym rytmie, nawet jeśli nie grają idealnie równo. I właśnie w tym tkwi siła tej muzyki. Nie w dopięciu, tylko w obecności.
Undadasea brzmi jak coś, co mogło się rozpaść, a jednak się skleiło. Jak coś, co powstało z luźnego spotkania, ale zostało utrzymane przez wspólny język. Jak nagranie, które nie mówi: patrzcie, jacy jesteśmy ważni. Raczej: posłuchaj, jak to się razem kręci.
I może dlatego ten kolektyw tak dobrze zostaje w głowie. Bo kiedy muzyka nie udaje większej, niż jest, wtedy nagle robi się prawdziwa. A prawdziwe rzeczy mają tę dziwną właściwość, że wraca się do nich bez planu.

Dodaj komentarz