Minęło zaledwie kilkanaście godzin od koncertu Suede w warszawskiej Progresji, a ja nadal mam wrażenie, że część mnie została gdzieś pod sufitem tej sali. Miałem miejsce wysoko nad publicznością. Widziałem jednocześnie scenę i ludzi. Bretta Andersona, który z niezmienną intensywnością zamienia każdą piosenkę w mały spektakl; i setki twarzy, które na dziewięćdziesiąt kilka minut wróciły do własnych wspomnień.
To była niezwykła perspektywa. Nie tylko dosłownie. Patrzyłem na wszystko z góry, otoczony bardzo bliskim sercu towarzystwem, słuchając zespołu, który od ponad trzech dekad potrafi zamieniać melancholię w coś pięknego, a piękno w coś niepokojącego. Rzadko zdarza się wieczór, w którym muzyka i życie spotykają się dokładnie w tym samym punkcie.
Setlista prowadziła przez niemal całą historię zespołu. Były utwory z najnowszego Antidepressants, były klasyki, bez których trudno wyobrazić sobie koncert Suede, od Animal Nitrate i The Drowners, przez Trash, Filmstar i Everything Will Flow, aż po finał z Beautiful Ones. Nie zabrakło również The Wild Ones. Wiedziałem, że usłyszę tę piosenkę. Nie wiedziałem tylko, że zabrzmi aż tak przejmująco (Setlist.fm)
Był to mój pierwszy naprawdę duży koncert od bardzo dawna. Wieczór, którego nie da się zamknąć w zdjęciach ani nagraniach telefonem. Są chwile, kiedy człowiek nie chce niczego dokumentować. Chce tylko być. Wczorajszy koncert Suede był właśnie jedną z nich, ale dzięki pomocy, udało się uchwycić kilka ważnych momentów.
Dziękuję za ten wieczór. Mopiece, Zespołowi. Warszawie. I losowi, który czasem, zupełnie niespodziewanie, pozwala człowiekowi znaleźć się dokładnie tam, gdzie powinien.

Dodaj komentarz