Internet miał być biblioteką. Wyszło targowisko, ambona, ring bokserski, gabinet bioenergoterapeuty, poradnia geopolityczna, kurs manifestacji bogactwa i ściana komentarzy, na której każdy może wyryć własne objawienie kciukiem.
Fisz w Sześciu minutach mądrości nie mówi po prostu, że ludzie zgłupieli. To byłoby zbyt łatwe, zbyt publicystyczne, zbyt wygodne. On robi coś lepszego: zakłada maskę człowieka rzekomo głupiego. Człowieka sprzed internetu. Człowieka z przestarzałym hardware’em. Kogoś, kto nie wiedział, że wokół żyją sami specjaliści od ekonomii, filozofii życia, stosunków międzynarodowych, religii, czakr, kwantowej magii, czystej krwi, męskiej wyższości i leczenia rękami. Biedny analogowy człowiek. Trzynaście lat poza siecią. Jak on przeżył bez codziennej dawki oświecenia od Radka z komentarzy, chłopca z BMW i trenera manifestacji pieniędzy?
Cały numer działa na odwróceniu. Fisz nie staje na mównicy i nie mówi: wy jesteście głupi. On mówi: to ja jestem głupi. I właśnie dlatego ten tekst tak dobrze trafia. Bo ironia nie leci tu z góry, tylko z wnętrza zmęczenia. Z miejsca, w którym człowiek już wie, że internet nie tylko pokazuje cudzą głupotę, ale też wyciąga z nas własną. Niby śmiejemy się z innych, ale gdzieś po drodze robi się niewygodnie, bo każdy ma na sumieniu jakiś szybki sąd, jakąś świętą pewność, jakąś opinię wypowiedzianą za wcześnie.
Muzycznie to też nie jest przypadkowe. Pod spodem idzie świetny, oldschoolowy beat. Prosty, suchy, bardzo analogowy w odczuciu, bez potrzeby udawania nowoczesnej produkcyjnej siłowni. On nie napina bicepsa, tylko trzyma puls. Przypomina, że hip-hop najlepiej działa wtedy, kiedy ma groove, oddech i przestrzeń dla słowa. Pięknie gra tu picked bass, taki wyraźny, sprężysty, trochę brudny, jakby ktoś nie chciał go wygładzać do plastikowej gładkości. Do tego dochodzi flecik, lekki, zaczepny, jakby wyjęty z podobnej uliczno-sennej estetyki, którą znamy ze Schodków (jego muzycznego wnuka) Maty. Tylko u Fisza ten element nie robi nostalgicznej pocztówki z miasta, ale wpuszcza do numeru przewrotną miękkość. Bit buja, bas chodzi, flecik świeci, a na tym wszystkim tekst rozkręca coraz bardziej absurdalną panoramę narodowego oświecenia.
Pierwsza zwrotka jest o cyfrowym objawieniu. Media społecznościowe zostają pokazane jak nowa szkoła powszechna, tylko że zamiast edukować, produkują pewność siebie bez pokrycia. Nagle wszyscy wiedzą wszystko. Każdy ma diagnozę, każdy ma teorię, każdy widzi więcej. Człowiek nie musi już czytać, uczyć się, zmieniać zdania ani milczeć. Wystarczy wejść do internetu i dać się zalać mądrości tak wielkiej, że aż robi się od niej nadciśnienie i nerwica. Ten fragment jest śmieszny, bo jest przerysowany, ale boli, bo właściwie wcale nie jest przerysowany.
Druga zwrotka uderza w najgorszy rodzaj pewności: tę, która udaje życiową głębię. Fisz rozbraja przekonanie, że mądrość można po prostu włączyć jak pstryczek pod siedzeniem. Kształcenie okazuje się ekstrawagancją, zmiana zdania słabością, milczenie stratą okazji do autoprezentacji. Wchodzi też cały język duchowo-finansowego coachingu: manifestowanie bogactwa, przeganianie energii biedy, gładkie i spełnione życie po wpłacie na kurs. To jest kpina z rynku cudzych frustracji. Z ludzi, którzy obiecują sens, ale najpierw proszą o przelew. I z nas wszystkich, bo przecież każdy chce wierzyć, że istnieje jakiś skrót, jakiś kod, jakiś sposób na życie bez wiązania końca z końcem.
W tej samej zwrotce pojawia się też polskość od strony najbardziej paskudnej: krew, pochodzenie, geny, narodowa wyjątkowość. Mądrość nie wynika tu z pracy nad sobą, tylko z samego faktu urodzenia. To gorzka satyra na społeczeństwo, które potrafi jednocześnie czuć się niedocenione i wybrane. Zakompleksione i wyższe. Pokrzywdzone i genialne. Małe, ale z transparentem wielkości kontynentu.
Trzecia zwrotka jest najbardziej osobista i najbardziej internetowa. Ulubione słowo sieci, podobno, zostaje pokazane jako maszyna do produkcji półprawd. Podobno ojciec załatwił karierę. Podobno Tytus z Asfaltu został przekupiony. Podobno wszystko było ustawione. Fisz świetnie punktuje ten mechanizm: sukces kogoś innego trzeba natychmiast unieważnić, bo inaczej należałoby dopuścić myśl, że stała za nim praca, talent, przypadek, konsekwencja albo po prostu życie bardziej skomplikowane niż komentarz. Najlepszy jest moment z ojcem, który załatwił mu brata, a bratu brata. Jedno zdanie i cała teoria spiskowa robi się mniejsza, głupsza, bardziej ludzka w swojej zawistnej śmieszności.
Potem robi się jeszcze ostrzej. Wchodzi męskość internetowa, przekonana o własnej przewadze, wysyłająca dick picka na tle kluczyka z BMW, bo najwyraźniej cywilizacja po tysiącach lat rozwoju doszła do tego szczytu komunikacji romantycznej. Fisz nie moralizuje. Nie musi. Wystarczy obraz. Mądry chłopak ze snów, szczodry w sposób, który powinien zostać zbadany przez policję estetyczną i zwykłą też, bo ludzkość naprawdę miała kiedyś aspiracje.
Sześć minut mądrości jest więc utworem o epoce, w której dostęp do informacji pomylono z myśleniem, widoczność z wartością, komentarz z rozmową, a pewność siebie z rozumem. Ale to nie jest numer pisany z pozycji czystego mędrca patrzącego na cyfrową hołotę z balkonu. Fisz cały czas zostawia w tekście siebie. Człowieka zmęczonego, nerwowego, autoironicznego, wciągniętego w tę samą maszynę. I dlatego to działa. Bo najłatwiej słuchać tego numeru i widzieć innych. Radka. Coachów. Ekspertów. Patriotów od genów. Chłopców od BMW. Komentatorów od podobno.
Trudniej dopuścić myśl, że czasem stoimy w tym tłumie razem z nimi. Nie zawsze. Nie całkiem. Nie do końca.
I może właśnie tam jest najcelniejsze uderzenie Fisz Emade Tworzywo. Nie w sam internet, nie w Polskę, nie w głupotę jako taką, ale w ten moment, kiedy człowiek przestaje się wstydzić własnej niewiedzy i zaczyna sprzedawać ją jako prawdę. Sześć minut mądrości trwa sześć minut, ale zostawia po sobie ten nieprzyjemny osad po śmiechu. Palec już chce wejść w komentarze, głowa już chce coś dopisać, ego już zakłada płaszcz eksperta.
A potem przez kilka sekund robi się ciszej.
I to może być najbliższe prawdziwej mądrości, na jakie stać nas w internecie.
A młodzież pewnie i tak odpowie Fiszowi:

Dodaj komentarz