← Wszystkie teksty

The Verve, cz. VI. Richard Ashcroft bez mapy

Richard Ashcroft, The Chemical Brothers i Czesław Niemen na kolażowym banerze artykułu Tony Muzyki

Richard Ashcroft zawsze wiedział, w którym miejscu piosenki powinno otworzyć się niebo.

W „The Test” ktoś zabrał mu pilot.

Nie ma Nicka McCabe’a. Nie ma Simona Jonesa ani Petera Salisbury’ego. Właściwie prawie nie ma też gitar. Są Tom Rowlands i Ed Simons, elektronika krążąca wokół jednego pulsu, głosy wpuszczone głęboko w miks i ponad siedem minut muzyki, która nie zamierza prowadzić Richarda Ashcrofta tam, gdzie zwykle sam chciałby dojść.

I właśnie dlatego brzmi tutaj tak dobrze.

Richard Ashcroft w studiu radiowym

Człowiek, który lubi wiedzieć

Kiedy pisałem o solowym Ashcrofcie, najbardziej interesował mnie brak tarcia.

W The Verve Richard nigdy nie był sam ze swoją melodią. Nawet kiedy przynosił piosenkę niemal gotową, obok znajdowali się ludzie, którzy mogli ją podważyć.

Nick McCabe potrafił wziąć hymn i rozpuścić jego krawędzie w pogłosie. Simon Jones przywiązywał wszystko do basu. Peter Salisbury pilnował ruchu.

Ashcroft ciągnął muzykę ku melodii, światłu, refrenowi i wielkiemu gestowi. Pozostali nie zawsze chcieli tam iść.

Z tego konfliktu brało się napięcie.

Solowo napięcie często znikało.

Richard mógł otworzyć niebo dokładnie wtedy, kiedy chciał. Mógł dołożyć smyczki. Mógł powiększyć refren. Mógł powiedzieć nam, że właśnie rozmawiamy o Życiu, Miłości, Bogu i Człowieku.

Wszystko naraz, najlepiej przed zachodem słońca.

Bywało pięknie.

Bywało też tak, że człowiek chciał odpowiedzieć: Richard, spokojnie. To nadal tylko wtorek.

„The Test” odbiera mu ten komfort.

Bez kartki

The Chemical Brothers nagrali „The Test” na swój czwarty album „Come With Us”, wydany w 2002 roku. Ashcroft pojawił się jako gościnny wokalista.

Słowo „gościnny” jest tutaj ważniejsze niż zwykle.

Nie przyniósł gotowej piosenki. Nie budował aranżacji wokół własnego refrenu. Nie wszedł do studia ze skończonym tekstem.

Przez kilka tygodni słuchał przygotowanego przez Chemical Brothers podkładu. Kiedy przyszedł nagrywać, nie miał zapisanych słów.

Wokal powstał podczas improwizacji.

To brzmi jak drobna ciekawostka ze studia, dopóki nie pomyśli się, o kim mówimy.

Richard Ashcroft jest człowiekiem, którego muzyka bardzo często sprawia wrażenie, jakby znała swój cel jeszcze przed pierwszym wersem.

Tutaj celu nie było.

Był rytm. Był głos. Było kilka intuicji.

I pytanie, czy uda się przejść na drugą stronę.

Richard w maszynie

The Chemical Brothers

Najciekawsze w „The Test” nie jest to, że Ashcroft zaśpiewał z zespołem elektronicznym.

Takie spotkania na papierze wyglądają znacznie bardziej egzotycznie niż w rzeczywistości. The Chemical Brothers od dawna wpuszczali do swojej muzyki głosy ludzi pochodzących z innych światów. Noel Gallagher pojawiał się u nich wcześniej. Beth Orton śpiewa również na „Come With Us”.

Tu dzieje się jednak coś szczególnego.

Ashcroft nie stoi przed utworem. Jest w jego środku.

Jego głos nie dowodzi aranżacją. Zostaje powielony, cofnięty, wpuszczony pomiędzy elektronikę, rytm i kolejne warstwy dźwięku.

Nie słuchamy wokalisty i akompaniamentu.

Słuchamy człowieka próbującego odnaleźć kształt własnego głosu wewnątrz cudzej konstrukcji.

Przez chwilę przypomina to bardzo wczesnego Ashcrofta.

Nie dlatego, że „The Test” brzmi jak „A Storm in Heaven”. Nie brzmi.

Tam gitara McCabe’a otwierała przestrzeń. Tutaj przestrzeń buduje elektronika Chemical Brothers.

Mechanizm jest jednak podobny.

Ashcroft znowu nie jest największym obiektem w pomieszczeniu. Muzyka istnieje obok niego. Czasami wręcz niezależnie od niego.

Egzamin

Sam tytuł nabiera przez to dodatkowego znaczenia.

Ashcroft mówił w 2002 roku, że pytanie zawarte w finale piosenki odnosiło się nie tylko do historii opowiadanej w utworze.

Było także pytaniem skierowanym przez szybę studia do Chemical Brothers.

Czy zdałem egzamin?

To drobiazg, który właściwie tłumaczy całą współpracę.

Facet mający za sobą „Bitter Sweet Symphony”, „The Drugs Don’t Work”, „Lucky Man” i pierwszy solowy album nie przychodzi do studia zachowywać się jak człowiek, który wszystko już udowodnił.

Przychodzi jako gość.

Chce sprawdzić, czy odnajdzie się w świecie zbudowanym przez kogoś innego.

To bardzo zdrowa sytuacja dla artysty o jego skłonności do monumentalności.

Własne studio daje władzę. Cudze studio daje granice.

A granice bywają twórczo znacznie ciekawsze.

Niemen w środku

Okładka wydawnictwa Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”

Jest jeszcze jeden zakręt.

Wśród autorów „The Test” obok Toma Rowlandsa, Eda Simonsa i Richarda Ashcrofta znajduje się Czesław Niemen.

Nie jako polski ornament dopisany po latach.

Jako część materiału, z którego Chemical Brothers zbudowali utwór.

„The Test” zawiera fragment improwizacji Niemena z „Pielgrzyma”, nagrania z albumu „Niemen Aerolit” z 1974 roku.

Nagle historia robi się absurdalnie szeroka.

Wigan. Richard Ashcroft. Brytyjska elektronika początku XXI wieku. Czesław Niemen.

Kilka różnych tradycji spotyka się w utworze, który wcale nie próbuje wyjaśniać, że właśnie wydarzyło się coś historycznego.

Po prostu płynie.

Może właśnie dlatego działa.

Niemen nie zostaje użyty jako pomnik. Ashcroft nie zostaje użyty jako ikona britpopu. Chemical Brothers nie próbują udowodnić, że potrafią połączyć wysoką kulturę z klubem.

Wszystkie te elementy zostają przepuszczone przez jedną maszynę.

Po chwili trudno już wskazać, gdzie kończy się jeden świat, a zaczyna następny.

Mniej Richarda, więcej Richarda

W poprzedniej części tego cyklu doszedłem do dość niewygodnego wniosku.

Solowy Ashcroft bywa mniej interesujący nie dlatego, że stracił talent.

Przeciwnie.

Być może problem polega na tym, że ma go wystarczająco dużo, żeby za łatwo dostać dokładnie to, czego chce.

Umie napisać wielką melodię. Umie doprowadzić ją do wielkiego refrenu. Umie zbudować moment, w którym kilka tysięcy ludzi podnosi ręce.

Nie potrzebuje już Nicka McCabe’a pytającego gitarą, czy przypadkiem nie można tego wszystkiego trochę zepsuć.

W „The Test” tę funkcję przejmują Rowlands i Simons.

Nie walczą z Richardem.

Robią coś ciekawszego.

Nie budują świata według jego zasad.

Ashcroft musi wejść do środka. Dostosować oddech. Poczekać. Zgubić się. Improwizować.

Nie wie dokładnie, gdzie za chwilę znajdzie się piosenka.

I właśnie wtedy wraca coś, czego czasami brakuje mi w jego solowej muzyce.

Ryzyko.

Bez gitary

Dlatego „The Test” może być szóstą częścią opowieści o The Verve, chociaż z The Verve nie ma właściwie nic wspólnego.

Nie ma tutaj zespołu. Nie ma charakterystycznej gitary. Nie ma britpopu. Nie ma próby odtworzenia „Urban Hymns”.

Jest tylko Richard Ashcroft i pytanie, które zostało po tamtej historii.

Co stanie się z nim, kiedy zabierzemy mu środowisko, w którym czuje się najbardziej naturalnie?

Odpowiedź jest trochę przewrotna.

Staje się ciekawszy.

Nie dlatego, że elektronika jest bardziej wartościowa niż gitara. Nie dlatego, że Chemical Brothers naprawiają Ashcrofta.

Po prostu zmuszają go do poruszania się po terenie, którego sam nie zaprojektował.

A Richard Ashcroft bardzo dobrze brzmi wtedy, kiedy przez chwilę nie wie, gdzie dokładnie powinno otworzyć się niebo.

W „The Test” niebo się nie otwiera.

Światło pulsuje. Maszyna pracuje. Richard próbuje przejść przez środek.

I chyba zdaje egzamin.

Tony Muzyki także w aplikacji.
Wybierz język lektury i zachowaj teksty na później.

Skomentuj