Organy w „Nearness of You” mają znajome ciepło. Łatwo podejść bliżej, rozpoznać psychodeliczny rodowód, zadomowić się w melodii. Dopiero słowa zmieniają odległość między słuchaczem a piosenką. Ktoś zwraca się do śmierci z poufałością zarezerwowaną dla członka rodziny. Nagle robi się ciasno.
We wrześniu 2011 roku próbowałem opisać debiut Trupy Trupa na swoim dawnym blogu. Pomogła mi nocna wędrówka między starymi gdańskimi kamienicami. Zabłądziłem, okolica budziła niepokój, a w uszach miałem właśnie ten utwór. Napisałem wtedy, że do muzyki zespołu przedostaje się powietrze miasta. Dziś zatrzymałbym się przy samym momencie rozpoznania: znajoma melodia nagle zaczyna mówić o miejscu, w którym stoisz. I wolałbyś, żeby mówiła trochę ciszej. Dawny tekst na These Less Known Pleasures.
Po niemal piętnastu latach ten obraz nadal pomaga mi wejść w „LP”. Płyta jest pełna gestów skracających dystans. Ktoś chce czyjejś obecności, zatrzymuje odchodzącą osobę, wyciąga rękę. Tylko że z każdym kolejnym utworem coraz trudniej zaufać tym gestom. W tej muzyce można być bardzo blisko drugiego człowieka i nadal nie czuć się bezpiecznie.
Debiut z 2011 roku mieści dziewięć utworów w niespełna pół godzinie. Grzegorz Kwiatkowski, Wojciech Juchniewicz, Rafał Wojczal i Tomasz Pawluczuk posługują się gitarą, basem, organami, perkusją i głosami. Brzmieniem zajmował się Adam Witkowski. Z tego niewielkiego zestawu powstaje muzyka o zaskakującej rozpiętości: potrafi przysunąć melodię niemal do twarzy, a chwilę później zasłonić ją hałasem. Metryka albumu.
Warto przy tym pamiętać o pośpiechu, w jakim powstawało nagranie. Kwiatkowski wspominał w rozmowie z „Lampą” tydzień pracy w Radiu Gdańsk i miks zamknięty w jednym dniu. Czasu na poprawki i rozwijanie aranżacji było mało. Ta informacja pozwala ostrożniej mówić o surowości albumu. Część jego charakteru wyrosła z bardzo konkretnych ograniczeń. Dzięki nim słyszymy też piosenki, którym nie zdążono wygładzić wszystkich kantów. Rozmowa z muzykami.
Organy Wojczala natychmiast przywołują The Doors. W melodiach odzywa się słabość do Beatlesów, w gitarowym brudzie można odnaleźć pokrewieństwo z The Velvet Underground. Takie rozpoznania przychodzą łatwo. Ciekawsze rzeczy zaczynają się chwilę później, kiedy znajome brzmienie przestaje być wygodnym schronieniem. Organowe ciepło potrafi zrobić się duszne. Przebojowość pomaga zapamiętać zdanie, którego wcale nie chciało się zabierać ze sobą.
„Revolution” otwiera płytę mocnym uderzeniem, po którym krótkie „Did You” wprowadza lżejszą, beatlesowską melodyjność. Ten przeskok dobrze ustawia ucho na dalszy ciąg. Trupa Trupa szybko zmienia temperaturę, nie pozwalając zadomowić się w jednym nastroju. Chwytliwy fragment bywa oddechem. Bywa też momentem, w którym opuszczamy gardę. Ówczesna recenzja w „Lampie”.
W „Nearness of You” szczególnie niepokoi mnie właśnie ta łatwość oswojenia. Śmierć zostaje dopuszczona do języka codziennych relacji. Można się do niej odezwać, poczuć jej obecność, nadać jej niemal domowe miejsce. Psychodeliczne klawisze sprawiają, że cała sytuacja ma przy tym własny urok. Piosenka pozwala nucić coś, od czego za chwilę przejdą ciarki. Tamta gdańska noc dopisała do tego mechanizmu kilka kamienic. Sam mechanizm działa również przy zapalonym świetle.
„Good Days Are Gone” zwiększa napięcie. Ponury ciężar spotyka się tu z energią, która pod koniec wypycha wokal w krzyk. Dawniej wyobrażałem sobie ten utwór w repertuarze Joy Division. Dziś interesuje mnie przede wszystkim tarcie między sensem tytułu a siłą wykonania. Wszystko, co dobre, zostaje umieszczone w przeszłości, podczas gdy muzyka nadal napiera. Jakby ciało próbowało jeszcze zaprotestować przeciw zdaniu, które głowa zdążyła już uznać za ostateczne. O dynamice nagrania.
Po takim spiętrzeniu „Don’t Go Away” wydaje się niemal łagodne. Oszczędniejsza aranżacja, akustyczna gitara i zmęczona barwa śpiewu przybliżają głos. W prostej prośbie o pozostanie można usłyszeć zwyczajną bezradność. Zespół nie musi podnosić głosu, żeby ją uwydatnić. To jeden z tych momentów, kiedy ubywa dźwięków, a człowiek wewnątrz piosenki staje się bardziej widoczny. O brzmieniu „Don’t Go Away”.
„Walt Whitman” i „Marmalade Sky” przywracają ruch. Pierwszy z tych utworów po niepozornym początku wpada w refren powtarzany do końca. Drugi znika, zanim upłynie półtorej minuty. Ta zwięzłość zostawia niedosyt, który dobrze służy całej płycie. Melodie zdążą zadziałać, ale nie zdążą rozgościć się na tyle, żeby rozbroić wcześniejszy niepokój. Krótki powrót lekkości sprawia też, że wejście w „Porn Actress” ma większą wagę. O konstrukcji „Walt Whitman”, czasy utworów.
W dawnym tekście to właśnie „Porn Actress” wskazałem jako prawdopodobnie najbliższy mi moment albumu. Najważniejszy był fragment rozwijający się od okolic drugiej minuty: psychodeliczna partia gitarowa i pojawiający się głos Juchniewicza. Ten szczegół nadal wydaje mi się najlepszym punktem, wokół którego można opowiedzieć całą płytę. Piosenka otwiera się w miejscu, gdzie prosty opis emocji przestaje wystarczać.
Muzycy sami podawali „Porn Actress” jako przykład łączenia części pochodzących od różnych autorów. W utworze spotykają się także dwa teksty. Ta konstrukcja pomaga zrozumieć wrażenie wewnętrznego pęknięcia. Zmiana głosu wpuszcza do środka kolejną obecność, a rozwijająca się gitara daje jej przestrzeń. O powstawaniu „Porn Actress”.
W 2011 roku zwróciłem również uwagę na związek jednego z wersów z tomikiem Kwiatkowskiego „Powinni się nie urodzić”. Zatrzymuje mnie zawarte w nim okrucieństwo: możliwość zakwestionowania samego czyjegoś istnienia. Przy takiej myśli psychodeliczne rozwinięcie nabiera dodatkowego ciężaru. Dla mnie brzmi jak pozostawanie w pomieszczeniu po słowach, których nie da się już cofnąć. Gitara gra dalej. Zdanie zdążyło się skończyć, jego działanie trwa.
W tym miejscu płyta sięga najgłębiej. Melodia pozwala podejść do cudzej bezbronności, a zmiana głosu odbiera komfort jednej perspektywy. Trudno ustawić się na zewnątrz i spokojnie przyglądać sytuacji. Przez chwilę jesteśmy w samym jej środku. Wystarczy gitara, kilka słów i głos, który brzmi, jakby nie był pewien, czy powinien się odezwać.
Na końcu zostaje „Take My Hand”. Sam tytuł podsuwa gest pomocy, lecz po poprzednich utworach trudno przyjąć go bez wahania. Rozwijające się nagranie dochodzi do przesterowanego finału. Słyszę w tej konstrukcji ostatnie zagęszczenie wszystkich wcześniejszych napięć: potrzeby kontaktu, lęku przed drugim człowiekiem, pragnienia, żeby jednak ktoś został. To moja lektura tego zakończenia. Muzyka pozostawia dostatecznie dużo miejsca, żeby wyciągnięta ręka mogła znaczyć więcej niż jedną rzecz. O finale albumu.
Kiedy wracam do tamtego wpisu, najbliższy pozostaje mi obraz człowieka między kamienicami, któremu znajoma piosenka nagle przestawia całe otoczenie. „LP” mieści się w niecałej półgodzinie, ale potrafi zostać w takim obrazie na niemal piętnaście lat. Organy wciąż mają znajome ciepło. Teraz trochę dłużej zastanawiam się, zanim podejdę bliżej.
Poznaj także dalszą dyskografię: Trupa Trupa na Spotify.


Dodaj komentarz