Człowiek budzi się dwa razy

Pierwszy raz budzimy się rano, zwykle bez większego namysłu, zaspani i zirytowani koniecznością dalszego uczestnictwa w świecie. Drugi raz można obudzić się po śpiączce i zobaczyć, że świat istnieje nadal, lecz nie czekał cierpliwie przy łóżku. Ludzie zdążyli podjąć decyzje, role zostały rozdane, plany zmieniły kierunek, a ciało, rodzina i przyszłość przestały tworzyć jedną zrozumiałą całość. Wtedy szczęście staje obok smutku tak blisko, że trudno już powiedzieć, które z nich właśnie ściska człowieka za gardło.

Od pierwszych sekund Yeti słyszę właśnie ten stan. Ogromną wdzięczność, że żyję, oraz ciemność pytającą, co właściwie mam teraz zrobić z tym życiem. Szczęście nie usuwa przecież pamięci. Nie naprawia układu nerwowego, nie przysuwa Dzieci o siedemset dziewięćdziesiąt dwa kilometry, nie zwraca dawnego stanowiska, pieniędzy ani domu rozumianego jako miejsce, w którym mieszkają najważniejsi ludzie. Potrafi jednak pojawić się pomimo tego wszystkiego, bezczelnie i zupełnie niezgodnie z rachunkiem strat.

Dlatego zdanie o tak wielkim szczęściu i niewiadomym źródle smutku nie brzmi dla mnie jak poetycka sprzeczność. Brzmi jak raport z życia, które zostało przerwane, uruchomione ponownie i oddane właścicielowi bez instrukcji obsługi.

Potwór zostaje po drugiej stronie drzwi

Rojek i Podsiadło śpiewają o próbie wyjścia, która kończy się powrotem. Znam ten ruch aż nazbyt dobrze. Człowiek chce opuścić rodzinny dom, Słupsk, zależność, bezruch oraz wszystkie ściany pamiętające jego najgorsze dni. Otwiera drzwi i natychmiast odkrywa, że ciało, pieniądze oraz zwykła logistyka codzienności trzymają go za ubranie. Miasto staje się poczekalnią, a dom miejscem, z którego należy uciec, choć właśnie tam trzeba następnego dnia otworzyć oczy.

W tym samym czasie trwa rozwód, kończy się rodzina, znika praca team leada, a dni, kiedy było się kimś określonym i potrzebnym, zaczynają przypominać zdjęcia znalezione w odmętach szuflady i telefonu. Człowiek rozpoznaje siebie, lecz otoczenie należy już do innej epoki. Wszystko jest odwrócone. Głowa wisi w dół, usta znajdują się poza zasięgiem, a bliskość potrafi zamienić się w kolejną przestrzeń, do której nie można fizycznie dotrzeć.

Wtedy pojawia się potwór. Ma wiele twarzy, choć żadnej nie warto umieszczać na portrecie. Składa się z ludzi, decyzji, dokumentów, strachu, zależności i upokorzeń, przez które można zostać odsuniętym od życia rodzinnego, zawodowego oraz finansowego. Przez długi czas potwór patrzy z góry i czeka, aż człowiek nauczy się spuszczać wzrok.

Refren odwraca ten układ. Teraz to potwór ma się bać.

Nie chodzi o zemstę, ani triumfalne wejście na salę sądową przy dźwiękach orkiestry, choć wyobraźnia chętnie produkuje takie tanie kino. Chodzi o odzyskanie twarzy. O chwilę, w której sprawa rozwodowa przestaje być opowieścią pisaną wyłącznie przez Ka, prawników, okoliczności i cudze interpretacje. Człowiek wreszcie stoi we własnej historii pod własnym nazwiskiem, nawet jeżeli nadal potrzebuje pomocy, nadal nie może przejść daleko i nadal większość dnia spędza samotnie.

Szczęście przychodzi z daleka

W Yeti samotność nie zostaje pokonana. Ona nadal siedzi w pokoju, zna rozkład dnia i wie, kiedy robi się najciszej. Piosenka zostawia jednak w tej ciszy otwarte okno. Przez nie przychodzą Staś, Anielka i Przyjaciele, nawet jeśli się dawno nie widzieliśmy, a szansa teoretycznie była, Znajomi, każde z innej odległości, każde obecne mocniej, niż wynikałoby to z geografii.

Dzieci są daleko, lecz pozostają środkiem świata. M. również nie znajduje się na wyciągnięcie ręki, a jednak potrafi sprawić, że człowiek po latach zaczyna ponownie czekać na poranek. Kilka dni w Warszawie może wtedy znaczyć więcej niż całe miesiące w miejscu zamieszkania. Cudze mieszkanie staje się bliższe domowi niż własny pokój, a życie odzyskuje temperaturę, której nie da się wpisać do żadnego orzeczenia ani przelewu.

W najgorszym szukaj szans” brzmi podejrzanie prosto, dopóki szansa naprawdę się nie pojawi. Nie jako nagroda za cierpienie, ponieważ cierpienie nie prowadzi żadnego uczciwego systemu punktowego. Pojawia się raczej jak M. po latach rozpadu, jak rozmowa w środku samotnego dnia, jak głos Dzieci docierający przez setki kilometrów, jak piosenka usłyszana dokładnie wtedy, gdy każde jej zdanie zaczyna opowiadać cudze życie własnym głosem.

Yeti pozostawia mnie z obrazem człowieka, który długo wisiał głową w dół, aż w końcu odkrył, że z tej pozycji także można zobaczyć niebo. Nadal ma za sobą śpiączkę, wypadek, utracone życie zawodowe, przed sobą jeszcze rozwód oraz codzienność wciąż ograniczoną przez ciało. Przed sobą ma sprawę, której finału jeszcze nie zna. Obok ma samotność. Daleko ma Dzieci. Bliżej, choć również za daleko, ma M. i resztę Przyjaciół.

A jednak jest szczęśliwy. Nie dawnym szczęściem, które wierzyło w trwałość pracy, małżeństwa, zdrowia i planów. Nowym, ostrożniejszym, zbudowanym po końcu świata. Szczęściem człowieka, który wreszcie przestał pytać, dlaczego nadal żyje, i zaczął być ciekawy, co wydarzy się dalej. Potwór jeszcze patrzy. Tyle że teraz pierwszy odwraca wzrok.

Dodaj komentarz