Najpierw wraca światło na podłogę. Potem człowiek zauważa, że od kilku minut nie siedzi już zaciśnięty w sobie jak pięść. Dopiero później przychodzi ta najdziwniejsza myśl, niemal zawstydzająca w swojej prostocie: może jednak jeszcze da się żyć trochę bardziej niż w trybie przetrwania.

„Sunshine” Cleo Sol brzmi właśnie jak ten moment. Nie jak olśnienie ani wielka życiowa rewolucja. Bardziej jak miękkie przywracanie krążenia.

Ten utwór nie ma w sobie nic z pocztówkowego słońca. Nie ma plaży, nie ma złotego filtra, nie ma tej wymuszonej letniej euforii, którą internet sprzedaje ludziom jak tani energetyk dla duszy. Otwierające wersy stawiają sprawę brutalnie jasno. „Only love will save you this time”. Zaraz potem pojawia się walka z własnym umysłem i samotność przypominająca obce państwo, do którego człowiek został wysłany bez mapy i bez tłumacza.

Właśnie dlatego „Sunshine” działa tak mocno. Ono nie przychodzi do ludzi szczęśliwych. Ono przychodzi do tych, którzy już zdążyli trochę zmarznąć od środka.

Najpiękniejsze pozostaje jednak to, że Cleo Sol nie obiecuje żadnego cudu. Refren nie mówi: jesteś uzdrowiony. Nie mówi: od jutra wszystko będzie dobrze, wszystko będzie spoko, don’t worry – be happy. Mam alergię na prościznę i łatwe porady, choć tu też nie ma zadęcia, ale to już dużo bardziej do mnie trafia. Powtarza jedynie „little more, just a little more”. Odrobina więcej życia. Odrobina więcej oddechu. Odrobina więcej obecności.

W tym „trochę bardziej” mieści się cała prawda o wychodzeniu z ciemniejszych miejsc. Człowiek rzadko wraca do siebie fanfarami. Częściej wraca w milimetrach. Głowa oddaje kawałek ciężaru. Ciało przestaje wyglądać jak zalane betonem. Nagle pojawia się siła, żeby odpisać komuś na wiadomość, wyjść po chleb, otworzyć okno, przestać patrzeć na dzień jak na przeciwnika.

„Sunshine” rozumie ten stan doskonale.

Muzycznie wszystko zostało tu zrobione z ogromnym wyczuciem. Fortepian Inflo nie próbuje grać roli zbawcy. Bas nie szuka efektownych wejść. Gitara akustyczna nie chce nikomu imponować. Całość płynie tak, jak płynie ciepło przez mieszkanie, które przez długi czas było niedogrzane.

To niezwykle trudna sztuka. Łatwo zrobić utwór, który krzyczy o własnej emocjonalności. Znacznie trudniej stworzyć taki, który pozwala emocji wejść do słuchacza bez przepychanki.

Cleo Sol robi właśnie to.

W środku tej piosenki pojawia się jeszcze jedno pytanie, które rozszerza jej sens daleko poza zwykłe ukojenie. „What are you living for? Purpose or blame?”

Nagle okazuje się, że nie chodzi wyłącznie o pocieszenie. Chodzi o wybór. O to, czy człowiek zamierza dalej urządzać własne wnętrze wokół dawnych ran, dawnych win i dawnych braków, czy może jednak spróbuje zbudować je wokół sensu.

Nie ma tu mentorskości. Nie ma psychologicznego coachingu udającego objawienie za 49,99 miesięcznie. Jest raczej głos kogoś, kto zna cenę bólu i właśnie dlatego nie chce już marnować życia na pielęgnowanie samego cierpienia.

„Sunshine” znajduje się na albumie „Mother”, a kontekst tej płyty zmienia bardzo wiele. Cleo Sol pisała ją blisko doświadczenia macierzyństwa, własnej historii rodzinnej i pamięci o tym, co człowiek dostaje od rodziców razem z miłością, lękiem, czułością i pęknięciami. Dzięki temu nadzieja obecna w tych utworach nigdy nie brzmi naiwnie. Ona wyrasta z zadrapań.

Przez całą piosenkę przewija się też delikatny ton duchowy, choć ani przez chwilę nachalny. Cleo Sol śpiewa o grace, o jutrze, o słońcu, które znowu wzejdzie, jakby układała krótką modlitwę dla ludzi zmęczonych językiem wielkich modlitw.

To chyba najpiękniejsza rzecz w „Sunshine”. Ten utwór nie wymaga od słuchacza wiary w wielkie przemiany. Nie próbuje nikogo motywować jak korporacyjny plakat z górami i cytatem o sukcesie. On tylko przypomina, że czasem organizm potrzebuje minimalnej dawki światła, żeby przestać zachowywać się tak, jakby świat już dawno się skończył.

W czasach uzależnionych od przesady Cleo Sol proponuje coś znacznie trudniejszego i znacznie cenniejszego. Czułość bez efekciarstwa. Nadzieję bez kiczu. Światło, które niczego nie udaje.

Nie wpada przez okno jak objawienie. Kładzie się spokojnie na skórze, na meblach, na myślach. Człowiek po chwili orientuje się tylko, że oddycha pełniej. To wystarcza bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.

Dodaj komentarz