Arcade Fire w Everything Now nie proszą o zachwyt. Ten numer wchodzi do pokoju z rozkręconym głośnikiem, rozrzuca światło po ścianach i każe człowiekowi tańczyć, zanim zdąży sprawdzić, co właściwie go boli. Ma w sobie coś z piosenki puszczonej w środku upalnego dnia, kiedy asfalt oddaje ciepło jak rozgrzana płyta winylowa, a powietrze faluje nad ulicą tak mocno, że nawet zwykłe miasto zaczyna wyglądać trochę nierealnie. Fortepian nie idzie tutaj jak grzeczny akompaniament. Bardziej jak rozpędzony samochód z otwartymi szybami. Chór nie dekoruje refrenu, tylko go podnosi. A całość brzmi tak, jakby radość została wyrzucona z domu, ale wróciła tylnymi drzwiami, spocona, uparta i kompletnie nie do zdarcia.

Najciekawsze jest to, że „Everything Now” nie udaje czystej euforii. Ono ma na sobie kurz współczesności. Ten lepki osad z ekranów, reklam, powiadomień i cudzych oczekiwań. Świata, który przez całą dobę czegoś chce. Kliknięcia, reakcji, obecności, uwagi. A mimo to ten utwór nie zostawia słuchacza sam na sam z tym śmietnikiem. Zamiast kapitulacji dostajemy ruch. Zamiast intelektualnego marudzenia o przebodźcowaniu, dostajemy puls. Refren nie chce analizować życia. Chce wyjść na ulicę szerokim krokiem.

I właśnie dlatego ten numer działa tak mocno.

Bo nie rozwiązuje świata. Tylko na chwilę daje mu rytm.

Najbardziej przewrotną rzeczą w „Everything Now” pozostaje fakt, że ten utwór brzmi jak nagroda, choć opowiada o przesycie. Jakby ktoś zamknął człowieka w centrum handlowym przyszłości, odpalił wszystkie ekrany naraz i puścił w tle najlepszy możliwy pop.

To nie jest smutna piosenka. Smutne piosenki często zatrzymują człowieka w miejscu. „Everything Now” robi odwrotnie. Ono wprawia ciało w ruch. Otwiera przestrzeń. Włącza światła. Nawet jeśli tekst mówi o głowie zapchanej informacjami, człowiek nie czuje przygniecenia. Czuje energię.

I właśnie dlatego ten numer jest tak cholernie ciekawy.

Normalnie, gdy artyści chcą opowiadać o współczesnym chaosie, robią muzykę zimną, minimalistyczną i zdystansowaną. Syntezatory kapią jak woda z klimatyzacji w biurze korporacji, wokal brzmi jak nagrany o czwartej rano po dwóch tabletkach nasennych, wszyscy wyglądają, jakby nie spali od miesięcy. Tymczasem Arcade Fire poszli dokładnie pod prąd. Nagrali utwór ogromny, szeroki, niemal festiwalowy. Jakby chcieli powiedzieć: świat wariuje, więc tym bardziej potrzebujemy wspólnego śpiewania.

I to słychać w każdym fragmencie tego numeru.

Tam nie ma cynizmu. Jest raczej desperacka próba odzyskania radości z rzeczy prostych: rytmu, melodii, ruchu, wspólnoty. Człowiek żyjący dziś konsumuje tysiące obrazów dziennie, ale coraz rzadziej naprawdę coś przeżywa. „Everything Now” przypomina samo uczucie przeżywania. Nawet jeśli trwa ono tylko cztery minuty.

Niektóre piosenki są napisane w ciemnych pokojach. Słychać to od pierwszej sekundy. Bas pełznie przy podłodze, wokal brzmi jak nagrany pod kocem, a człowiek odruchowo patrzy przez okno, czy przypadkiem nie zaczęło padać. „Everything Now” działa odwrotnie. Ten numer wpuszcza światło wszędzie. W refren, w pianino, w chórki, nawet w sposób, w jaki perkusja odbija się od reszty instrumentów. Nic tu nie siedzi skulone pod ścianą.

To jedna z najbardziej jasnych dużych piosenek popowych ostatnich kilkunastu lat.

I nie chodzi wyłącznie o nastrój. Bardziej o konstrukcję samego brzmienia. Wszystko jest tutaj otwarte. Fortepian wybija rytm niemal tanecznie, ale bez agresji. Syntezatory nie tworzą chłodu, tylko przestrzeń. Refren nie zamyka melodii w jednym punkcie, tylko ją rozszerza. Nawet sposób śpiewania Wina Butlera ma w sobie coś dziwnie pogodnego, jakby próbował przekrzyczeć współczesność nie gniewem, lecz wspólnotą.

Właśnie dlatego tak łatwo wraca się do tego utworu latem. On przypomina światło odbijające się od szyby tramwaju albo gorące powietrze nad miastem pod wieczór. Ma ruch. Ma oddech. Nie ciąży.

Najciekawsze jest jednak to, że ta jasność wcale nie wynika z naiwności. Arcade Fire doskonale wiedzieli, o czym śpiewają. Tekst opowiada przecież o przesycie, chaosie, głowie zapchanej informacjami i świecie, który już nie umie zwolnić. Tyle że zamiast ilustrować to muzyką depresyjną, zespół zrobił coś znacznie mądrzejszego. Zagrał przeciwko tekstowi.

I nagle powstał utwór, który działa jak psychologiczny paradoks. Słuchasz piosenki o przebodźcowaniu, ale sam czujesz oczyszczenie. Refren nie przygniata, tylko podnosi ciśnienie krwi w najlepszym możliwym sensie. Ciało reaguje energią, choć słowa opowiadają o zmęczeniu.

To bardzo stary trick wielkiego popu. ABBA robiła podobne rzeczy perfekcyjnie. Ich muzyka świeciła jak kula dyskotekowa, nawet gdy pod spodem siedział lęk przed samotnością albo przemijaniem. „Dancing Queen” nie stało się hymnem dlatego, że było szczęśliwe. Stało się nim dlatego, że dawało ludziom poczucie lekkości mimo całego ciężaru życia. Arcade Fire rozumieli tę mechanikę bardzo dobrze.

W „Everything Now” słychać to wręcz fizycznie. Ten utwór jest zbudowany jak eksplozja światła. Nie ma tu miejsca na duszne minimalizmy modnego indie z tamtych lat. Żadnego szepczącego wokalu. Żadnego chłodnego dystansu. Żadnego udawania emocjonalnej obojętności. Wszystko jest większe niż trzeba. Chóry są ogromne. Melodia szeroka. Refren niemal festiwalowy. Jakby zespół chciał odzyskać dla popu coś, co dawno z niego uciekło: czystą radość ruchu.

Chyba właśnie dlatego ten numer tak dobrze się starzeje.

Dziś ogrom muzyki brzmi jak ścieżka dźwiękowa do patrzenia w telefon. „Everything Now” brzmi jak wyjście z domu. Jak otwarcie okna po dusznym dniu. Jak moment, kiedy człowiek orientuje sobie, że przez ostatnie trzy godziny siedział zgarbiony nad ekranem i nagle potrzebuje powietrza.

Arcade Fire nagrali piosenkę o świecie przeładowanym bodźcami, ale zamiast dołożyć kolejny ciężar, dali słuchaczowi coś coraz rzadszego: poczucie przestrzeni.

„Everything Now” ma kolor późnego popołudnia. Nie neonów. Nie klubowej nocy. Nie czerni. Bardziej tego momentu, kiedy miasto jest jeszcze rozgrzane po całym dniu, ale powoli zaczyna oddychać lżej. Tramwaje świecą od środka. Ktoś jedzie rowerem bez celu. Ktoś otwiera okno w kuchni. Ktoś wraca do domu i przez chwilę nie włącza jeszcze telewizora ani telefonu. Ta piosenka ma dokładnie taki rodzaj światła. Ciepłego, miejskiego, trochę zmęczonego, ale nadal żywego.

To niesamowite, jak bardzo Arcade Fire uniknęło tu ciężaru. Przecież wszystko mogło pójść w stronę dystopii. W 2017 roku artyści już masowo opowiadali o cyfrowym świecie jak o katastrofie. Ekrany, alienacja, samotność, internetowe uzależnienia. Tyle że większość tej muzyki była emocjonalnie martwa. Jakby sama bała się melodii.

„Everything Now” kocha melodię.

Ten numer wręcz rozpiera potrzeba bycia wielkim popowym hymnem. Słychać to w każdym wejściu fortepianu, w tych rozlewających się chórach, w rytmie, który nie pcha do tańca klubowego, tylko do ruchu w ogóle. Spaceru. Jazdy. Życia.

Dlatego tak pięknie działa z pamięcią. Człowiek po latach często nie pamięta dokładnie tekstu, ale pamięta światło tej piosenki. Pamięta własny moment. Samochód. Wakacje. Balkon. Miasto nocą. Sierpień. Jakąś drogę. Kogoś obok.

Wielkie piosenki często nie zapisują się w głowie jako konkretne słowa, tylko jako temperatura emocji.

Właśnie to Arcade Fire osiągnęli tutaj perfekcyjnie.

„Everything Now” nie brzmi jak utwór wymyślony przy biurku. Ono brzmi jak pęd powietrza. Jak muzyka stworzona przez ludzi, którzy wiedzieli, że współczesność robi się coraz bardziej klaustrofobiczna, więc postanowili nagrać coś szerokiego. Coś, co otwiera przestrzeń zamiast ją zamykać.

Najpiękniejsze w „Everything Now” pozostaje jednak coś jeszcze. Ten utwór się nie spieszy mimo całego pośpiechu świata. Tekst mówi o natychmiastowości i głodzie wszystkiego naraz, ale muzyka oddycha szeroko. Nic tutaj nie jest nerwowe. Ten rytm nie przypomina człowieka spanikowanego ekranem telefonu. Bardziej kogoś, kto wyszedł z mieszkania bez celu i nagle poczuł, że miasto wieczorem jednak potrafi być piękne.

Arcade Fire osiągnęli coś bardzo trudnego: stworzyli utwór ogromny, ale lekki.

Większość współczesnych hymnów chce człowieka przytłoczyć własną wielkością. Wszystko musi być epickie. Bębny jak nalot bombowy, refreny projektowane pod stadion i dramatyzm napompowany do granic. „Everything Now” ma rozmach, ale nie ma zadęcia. Ono płynie.

I chyba dlatego ten numer nadal świeci. Nie jak ekran.

Jak słońce odbijające się od szyby autobusu pod koniec dnia.

Dodaj komentarz