Człowiek siada wieczorem sam, słucha tego utworu kolejny raz i nagle orientuje się, że to nie jest kolejna piosenka o miłości. To jest piosenka o stopieniu się z drugim człowiekiem tak bardzo, że własne „ja” zaczyna przeciekać przez palce. Jak gorąca herbata trzymana zbyt długo w dłoniach. Organizm jeszcze pamięta ciepło, ale kubek już dawno pusty. Gratulacje, ewolucjo, kolejny raz zrobiłaś z ludzi biologiczne pojemniki na tęsknotę.
R.E.R.E. zespołu Hey to jeden z najbardziej intymnych tekstów napisanych przez Katarzynę Nosowską. Intymnych nie dlatego, że mówi o seksie. Seks jest tu właściwie cieniem, oddechem za ścianą. Chodzi o coś znacznie bardziej niebezpiecznego. O bliskość absolutną.
„Wślizgnąć się, by ukraść trochę ciepła”
Już w tym jednym wersie jest cała dramaturgia utworu. Nie ma tu triumfu zdobywania. Nie ma „kochaj mnie”. Jest prawie dziecięca ostrożność. Jakby podmiot liryczny bał się nawet ciężarem własnego ciała zakłócić sen drugiej osoby. To miłość na palcach. Miłość, która nie chce posiadać. Chce tylko przez chwilę istnieć obok.
A potem Nosowska robi coś, co potrafiła zawsze najlepiej. Wchodzi w cielesność bez dosłowności.
„Skóry Twej pod uszami; w zgięciu kolan”.
Co za w ogóle cu-do-w-ny opis miejsca do całowania i miłosnej pielęgnacji! A to nie są miejsca erotyczne w banalnym sensie. To miejsca pamięci. Człowiek zakochany zapamiętuje właśnie takie fragmenty. Nie twarz. Nie „piękne oczy”. Tylko zapach skóry pod uchem. Temperaturę zgięcia kolan. Rytm oddechu podczas snu. Miłość bardzo rzadko mieszka w wielkich deklaracjach. Najczęściej siedzi gdzieś przy obojczyku i pachnie szamponem sprzed dziesięciu lat. Potem człowiek słyszy przypadkiem podobny zapach w tramwaju i przez sekundę nie wie, czy ma wysiąść, czy się rozpłakać. Fantastycznie skonstruowany gatunek, naprawdę.
Najmocniejszy moment przychodzi jednak później:
„I nim zrodziła się myśl o poczęciu mym, przeczuwałam obecność Twą (nie znając oblicza)”
To już nie jest zwykła relacja romantyczna. To metafizyka bliskości. Idea, że ktoś był w nas wcześniej, zanim pojawił się naprawdę. Jakby istniała jakaś pamięć emocjonalna starsza od doświadczenia. Nosowska dotyka tu czegoś pierwotnego. Nie zakochania. Rozpoznania.
Jakby druga osoba nie została poznana, tylko odzyskana.
Muzycznie „R.E.R.E.” też zachowuje się dokładnie tak, jak powinien zachowywać się ten tekst. Nie dominuje. Nie wybucha. Utwór oddycha. Gitary robią piękną robotę. Produkcja jest miękka, prawie senna, zawieszona między jawą a półsnem. Instrumenty nie prowadzą melodii za rękę. One ją otulają. Całość przypomina moment tuż przed zaśnięciem obok kogoś, kogo ciało zna się lepiej niż własny pokój.
I może właśnie dlatego ten utwór boli po latach bardziej niż kiedyś. Bo z wiekiem człowiek rozumie, jak rzadkie są takie relacje. Większość ludzi przez całe życie tylko ociera się o bliskość. Trochę wspólnych zdjęć, trochę rozmów o kredycie, trochę Netflixa i dwie martwe rośliny na parapecie. A tutaj mamy coś znacznie rzadszego. Moment całkowitego emocjonalnego zsynchronizowania.
„Tak wielka jest ta bliskość, że miejsca brak na jeden obcy oddech”
Nie da się tego napisać przypadkiem. To już nie tekst – to stan organizmu.
I chyba dlatego „R.E.R.E.” nie starzeje się ani trochę, choć ma już 31 lat (😲) Bo nie opowiada o konkretnej historii miłosnej. Opowiada o pragnieniu, żeby choć raz w życiu ktoś oddychał dokładnie w tym samym rytmie co my. Choćby przez kilka minut. Choćby zanim wszystko się rozpadnie, jak to ludzie mają w swoim uroczym zwyczaju.

Dodaj komentarz