← Wszystkie teksty

Doves – Black and White Town. Miasto, które nie zauważyło, że z niego uciekasz

Deszczowe brytyjskie miasto o zmierzchu, w estetyce analogowej fotografii, z logo Tony Muzyki i tytułem Doves - Black and White Town.

„Black and White Town” brzmi jak ucieczka z miasta, które nawet nie zauważyło, że próbujesz z niego uciec. Najpierw pianino, chwilę później rytm i ten osobliwy pęd, którego nie da się pomylić z nerwowością. Nic tutaj nie goni człowieka, a jednak wszystko prowadzi naprzód. Doves znaleźli ruch bez paniki, dynamikę bez przemocy, ekscytację, która nie podnosi ciśnienia, tylko otwiera okno w głowie i przypomina, że poza tym samym chodnikiem, tym samym przystankiem, tym samym widokiem z okna istnieje jeszcze jakieś gdzieś.

To jedna z tych piosenek, które nie mają niewłaściwej pory dnia. Rano potrafi uruchomić człowieka, po południu wyciągnąć go z lepkości codzienności, nocą natomiast robi coś jeszcze dziwniejszego, bo zaczyna przypominać wspomnienie miejsca, w którym nigdy się nie mieszkało. Pianino pracuje jak silnik, perkusja podtrzymuje kroko-bieg, gitara dokleja się do całego mechanizmu i nagle cztery minuty wystarczają, żeby pokój, ulica, miasto zrobiły się odrobinę za małe.

Miasto stojące w miejscu

Doves wydali „Black and White Town” w 2005 roku jako pierwszy singiel zapowiadający trzeci album, Some Cities. I już sam tytuł płyty dobrze podpowiada, gdzie trzeba patrzeć. Nie w stronę wielkich wydarzeń, tylko pomiędzy budynki, na ulice, chodniki, przystanki i miejsca, które człowiek zna tak dobrze, że przestaje je widzieć. Miasto u Doves nie robi za scenografię. Ono osiada w człowieku, wpływa na tempo myślenia, na pamięć i na to dziwne przekonanie, że prawdziwe życie musi odbywać się gdzieś kawałek dalej.

„Black and White Town” jest pod tym względem małym paradoksem. Jedna z najbardziej rozpędzonych piosenek zespołu opowiada przecież o utknięciu, o dorastaniu w miejscu, które wydaje się nie mieć dla człowieka dalszego ciągu. Można włóczyć się po tych samych ulicach, czekać pod tym samym klubem, patrzeć na te same domy i mieć pewność, że świat istnieje naprawdę, tylko z jakiegoś powodu nie tutaj. To uczucie jest banalne, dopóki nie dotknie własnego życia. Wtedy przestaje być banalne natychmiast.

Dlatego muzyka robi dokładnie to, czego nie może zrobić opisany w niej świat. Rusza. Pianino biegnie razem z perkusją, gitara nie tyle prowadzi melodię, ile wpada w jej nurt, a wszystko staje się szaropędem, ruchem wyciśniętym z krajobrazu, który sam ruszyć się nie zamierza. Doves szukali tu punktu pomiędzy northern soul, klasycznym zespołowym graniem i elektroniczną motoryką, którą spokojnie można skojarzyć z The Chemical Brothers. Gdzieś obok stoi też „A Town Called Malice” The Jam, kolejna brytyjska piosenka, która bierze codzienność za rękę i zmusza ją, choćby na chwilę, do tańca.

Najpiękniejsze jest jednak to, że „Black and White Town” niczego nie udaje. Nie obiecuje, że po wyjściu za drzwi wszystko stanie się lepsze, nie sprzedaje motywacyjnego plastikoszczęścia i nie próbuje przekonać, że wystarczy odpowiednio ustawić głowę, żeby ponury widok z okna nagle zmienił się w pocztówkę. Euforia ociera się tutaj o beznadzieję, ale żadna nie wygrywa. Właśnie z tarcia między nimi bierze się energia tej piosenki, ekscytacja przeciwstawiona monotonii życia, która przecież prędzej czy później potrafi znaleźć każdego.

Saudade za miejscem, w którym nigdy się nie mieszkało

„Black and White Town” uruchamia we mnie jeszcze coś innego, dużo mniej racjonalnego i przez to znacznie ciekawszego. Saudade za życiem gdzieś w Zjednoczonym Królestwie. Za życiem, którego przecież nigdy tam naprawdę nie prowadziłem, ale które muzyka potrafi mi wmówić tak skutecznie, że chwilami zaczynam za nim tęsknić jak za własną przeszłością.

To jest chyba muzyczne fałszowspomnienie. Wilgoć na chodniku, chłodne powietrze, ceglane szeregowce, szare niebo, które z niewiadomych przyczyn zamiast odbierać chęć do życia potrafi wyglądać cholernie romantycznie. Gdzieś za miastem zaczyna się inny krajobraz i wtedy głowa robi swoje. Najchętniej wybiegłoby się na wzgórze gdzieś w Scottish Highlands z analogowym aparatem przewieszonym przez ramię i fotografowało mgłę tak długo, aż na zdjęciu prawie niczego nie byłoby widać.

Bo właśnie tak brzmi dla mnie ta piosenka. Jak fotografia, na której nie wszystko musi być ostre. Najważniejsze dzieje się pomiędzy konturami, w wilgoci, ziarnie, niedopowiedzeniu, w tej specyficznej brytyjskości, która umie połączyć brzydotę z pięknem tak ciasno, że po chwili nie wiadomo już, gdzie kończy się jedno i zaczyna drugie.

Deszczowa ulica północnej Wielkiej Brytanii i mglista droga w szkockich Highlands, sfotografowane w estetyce analogowej.
Miasto, mokry asfalt, potem droga coraz dalej na północ. Resztę dopowiada głowa.

Glasgow, zanim pojawią się wzgórza

Tyle że teledysk do „Black and White Town” wcale nie prowadzi w Highlands. Lynne Ramsay zabiera nas do Glasgow, między osiedla, bloki, ulice i zwykłe życie dzieciaków, które samo w sobie okazuje się wystarczająco filmowe. Doves nie muszą pojawiać się w kadrze. Są w rytmie montażu, w ruchu, w napięciu pomiędzy nudą a nagłą eksplozją energii, pomiędzy poczuciem zamknięcia a potrzebą wyrwania się gdziekolwiek.

I może właśnie stąd bierze się moja Szkocja. Nie ta pocztówkowa, wyczyszczona z codzienności i gotowa do sprzedania w folderze turystycznym. Najpierw jest Glasgow, beton, mokra ulica, dzieciaki i świat, który z bliska okazuje się znacznie mniej zwyczajny, niż wyglądał z daleka. Potem wyobraźnia dopisuje drogę na północ, coraz mniej budynków, coraz więcej powietrza, aż zostaje wzgórze, aparat i mgłotęsknota za czymś, czego nigdy się nie przeżyło.

Miasto pamięta

Some Cities wyrastało z patrzenia na miasta, na ich przemiany i na szybkość, z jaką znajome miejsce potrafi stracić własną pamięć. Doves wracali do Manchesteru po trasach i widzieli, jak coś, co jeszcze niedawno było stałym elementem krajobrazu, znikało albo zmieniało funkcję. Stare budynki ustępowały nowym, okolica pozostawała formalnie tą samą okolicą, ale człowiek przestawał rozpoznawać jej twarz.

Miasta mają ten paskudny zwyczaj, że zmieniają się zarówno wtedy, kiedy w nich jesteśmy, jak i wtedy, kiedy od nich uciekamy. Można wyjechać, wrócić po kilku latach i nagle odkryć, że pamięć przechowała zupełnie inną wersję miejsca niż ta, która stoi przed oczami. Zostają wtedy drobiazgi: przystanek, narożnik, układ okien, zapach deszczu na betonie, światło padające wieczorem na ścianę. Muzyka robi z nimi coś jeszcze dziwniejszego, bo potrafi do prawdziwych wspomnień dopisać wspomnienia cudze, wymyślone, nigdy nieprzeżyte.

Dlatego nie potrafię słuchać „Black and White Town” wyłącznie jako piosenki o mieście. To utwór o punkcie pomiędzy utknięciem a ruchem, o tej sekundzie, kiedy rzeczywistość jeszcze się nie zmieniła, ale w człowieku już coś zaczęło biec. Nie potrzeba wielkiego dramatu. Wystarczy kilka znajomych ulic, trochę nudy, trochę młodzieńczej energii i jedna myśl, że gdzieś dalej musi istnieć coś jeszcze.

Nie opisuje ucieczki, tylko nią się staje

I chyba tutaj wszystko się domyka. „Black and White Town” robi coś ciekawszego niż samo opowiadanie o ucieczce, bo przez kilka minut samo nią jest. Monotonia dostaje rytm, szarość dostaje dynamikę, miejski spleen zaczyna oddychać, a człowiek siedzący dokładnie tam, gdzie siedział przed chwilą, nagle znajduje się odrobinę dalej.

Może w Manchesterze, może w Glasgow, może na kompletnie zamglonym wzgórzu gdzieś na północy Szkocji, z analogowym aparatem w ręku i bez najmniejszej potrzeby robienia ostrego zdjęcia. Może jeszcze gdzie indziej, bo przecież każdy ma swoje własne „gdzie indziej”, realne albo zmyślone, do którego czasem biegnie głowa, kiedy ciało musi zostać tam, gdzie jest.

A Ty? O czym marzysz? Dokąd uciekasz, kiedy nie możesz nigdzie wyjechać?

Amen.

Tony Muzyki także w aplikacji.
Wybierz język lektury i zachowaj teksty na później.

Skomentuj