Urodziny są szczególnie piękne w głowie
Rysiek Rynkowski śpiewa mi „dziś są Twoje urodziny”, cała sala tańczy, a nawet kierowca autobusu wiozącego mnie do psychiatryka wstaje i bije brawo.
Urodziny są szczególnie piękne w głowie.
W rzeczywistości jest środa. Wrzesień właśnie się kończy, telefon od rana przypomina, że Facebook jednak do czegoś się przydaje, a ja zaczynam przedostatnią trójkę z przodu.
Trzydzieści osiem.
To jeszcze nie jest liczba, która robi wejście przy dźwiękach organów. Nie dostaje się od niej darmowych badań, ulg ani miejsca siedzącego. Nie jest nawet okrągła. Jest podejrzanie zwyczajna.
Problem polega na tym, że umiem dodawać.
Za rok będzie ostatnia trójka.
Za dwa lata czterdzieści.
Czterdzieści
Czterdzieści od dawna mnie mierzi, przeraża i fascynuje. Jest jak płyta artysty, którego nigdy specjalnie nie lubiłem, ale wszyscy mówią, że muszę do niej dojrzeć. Podejrzewam podstęp.
Przez większość życia czterdziestolatkowie byli osobnym gatunkiem człowieka. Wiedzieli, jakie kupić opony. Mieli swoje krzesło. Potrafili zadzwonić do administracji i nie przygotowywać się do tej rozmowy przez trzy dni.
Przede wszystkim jednak byli starsi ode mnie.
To był bardzo wygodny układ.
Teraz czterdziestka nie stoi już gdzieś za górami. Widać światła.
All My Friends
I wtedy wchodzi fortepian.
Nie fanfary. Nie zegar. Nie skrzypce przygotowane do opłakiwania młodości.
Kilka dźwięków powtarzanych z uporem, jakby James Murphy znalazł sposób na mierzenie czasu bez używania wskazówek.
„All My Friends” pochodzi z Sound of Silver, wydanego w 2007 roku. Murphy bierze w nim coś bardzo zwyczajnego, noc, przyjaciół, zmęczenie, mijające lata, i rozpędza to przez ponad siedem minut, aż melancholia zaczyna zachowywać się jak euforia.
Nie potrzebuję instrukcji obsługi trzydziestu ośmiu lat.
A wtem nagle wpada Antek Królikowski, jeeee
I kiedy już zaczynam podejrzewać, że znalazłem odpowiednio dojrzałą piosenkę do odpowiednio niedojrzałego lęku przed czterdziestką, drzwi wypadają z zawiasów.
A wtem nagle wpada Antek Królikowski, jeeee.
Nie naprawdę. Na szczęście. Wpada Quebonafide z „Czarnymi plażami, białymi lwami” i przypomina mi coś znacznie pożyteczniejszego niż wszystkie poradniki o godnym starzeniu się: świat nie ma najmniejszego obowiązku z wiekiem robić się poważniejszy.
Właściwie robi wszystko, żeby było odwrotnie. Im dłużej człowiek patrzy, tym więcej widzi rzeczy, których wcześniej nie umiałby nawet wymyślić. Czterdzieści może więc nie być końcem czegokolwiek. Może być tylko kolejnym punktem obserwacyjnym, z którego absurd widać trochę wyraźniej.
I to mnie uspokaja bardziej niż powinno.
Nie chcę mieć dwudziestu
Najdziwniejsze odkrycie przychodzi dopiero tutaj.
Nie chcę mieć znowu dwudziestu lat.
Nie chcę wrócić do początku. Nie chcę odzyskać wszystkich ludzi, wszystkich miejsc ani wszystkich wersji siebie.
Nie chcę poprawiać każdej złej decyzji, bo kilka z nich zaprowadziło mnie w miejsca, których za nic nie oddam.
Chciałbym tylko, żeby czas przestał być tak cholernie dobry w swojej robocie.
Może dlatego „All My Friends” pasuje tutaj lepiej niż jakakolwiek piosenka o urodzinach.
Nie próbuje zatrzymać czasu.
Próbuje jeszcze przez chwilę z nim potańczyć.
Przedostatnia
Mam trzydzieści osiem lat.
Za dwa lata będzie czterdzieści.
Dzisiaj jeszcze nie.
Dzisiaj Rysiek Rynkowski nadal śpiewa, cała sala tańczy, kierowca autobusu bije brawo, a ja mam przed sobą dwa lata muzyki, której jeszcze nie znam.
To całkiem dużo muzyki.
Urodziny są szczególnie piękne w głowie.
I chyba właśnie dlatego warto tam czasem urządzić imprezę.
Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Złego nikomu nie życzę, ani nie polecam.


Dodaj komentarz