← Wszystkie teksty

Artur Rojek. Wstyd i włoskie lody

„Chciałbym urodzić się żeby latałem”. Część 1 z 3.

Trochę mnie gryzie, kiedy Artur Rojek otwiera się przed wszystkimi. Siadam do pisania o jego płycie i po chwili sam opowiadam o dzieciństwie, Ani Przybylskiej i zazdrości piłkarzowi. Mogłem się spodziewać. Muzyka od dawna służy mi do mówienia rzeczy, z którymi bez niej nie wiedziałbym, od czego zacząć.

01. Gruby, mały. Strój, z którego się nie wyrasta

Wyobrażam sobie salę i krzesła ustawione w kręgu. Ktoś podnosi głowę i zaczyna opowiadać. Pozostali słuchają, bo znają ten rodzaj historii, choć u każdego inne nazwisko zapisano kredą. Tak odbieram otwarcie płyty Rojka. Jak spotkanie dorosłych, którym ktoś dawno temu powiedział, kim są, a oni do dziś próbują to odwołać.

Rojek ledwie zaczyna album, a już stoi nagi przed kolegami. Znika odległość między znanym muzykiem a chłopcem, który najchętniej zniknąłby z pomieszczenia. Jeszcze poprawiam się w fotelu. On już opowiada o czymś, na co wygodnej pozycji nie ma.

Najmocniej zostaje ze mną zestawienie nagości ze strojem noszonym przez lata. Czytam ten strój jako cudze spojrzenie, które zaczyna przylegać do skóry. Można dorosnąć, zmienić wygląd, wyjść na scenę. Pod ubraniem nadal mieć tamto zawstydzone ciało.

Kreda powinna być nietrwała. Wystarczy mokra gąbka. Tymczasem napis dawno mógł zniknąć, a człowiek wciąż go czyta. Ktoś rzuca kilka słów i idzie dalej. Ten, do którego je skierowano, zabiera je do domu, potem w dorosłość, czasem do łóżka.

Mój dyskomfort ma jednak niewygodny adres zwrotny. Sam piszę o muzyce, a pomiędzy nazwami zespołów zostawiam własne sprawy. Mogę tylko udawać, że cały czas opisuję cudzą piosenkę. Rojek podpisuje swoją własnym nazwiskiem. Tym samym, o którym tutaj śpiewa.

W finale pyta, jaki świat zostawi drugiej osobie. W rozmowie o utworze wspominał, że pisząc refren z Kortezem, myśleli o swoich dzieciach. Widzę w tym ojca, który jeszcze nie potrafi zdjąć swojego stroju. Odsuwa jednak krzesło, żeby ktoś mógł usiąść obok.

02. Sophia Loren Słupnej Park. Miss mojego wszechświata

Włoskie lody, ciepły wiatr, dziewczyna, przy której odbiera głos. Po publicznym wyznaniu Rojek wraca do chłopca, który nie potrafi podejść do jednej osoby. Nocą odtwarza spotkanie i próbuje wyobrazić sobie ciąg dalszy.

Potem w ten letni obraz wdzierają się tory i krew. Rojek wyjaśnił, że dziewczyna była prawdziwą, platoniczną miłością, ale tragiczny zwrot dopisał. Dopiero w zakończeniu bohater zdobywa się na zwykłe przywitanie. Czytam ten finał jak kolejną nocną próbę: tym razem podchodzi, mówi, obejmuje. Wyobraźnia pozwala mu przeżyć spotkanie, którego wcześniej nie umiał rozpocząć.

Moją Sophią Loren była Ania Przybylska. Zdobyła pierwsze miejsce w konkursie miss wszechczasów i wszechświata. Mojego wszechświata. Jury było jednoosobowe, więc obrady trwały krótko.

W listopadzie 2000 roku zobaczyłem Marylkę ze „Złotopolskich” na okładce „Playboya”. Stałem w galerii handlowej i nie mogłem uwierzyć, że Ania dołączyła do stada gołych bab. Przecież miała zostać moją żoną. Owszem, nie wiedziała o tym, ale czy naprawdę musieliśmy zaczynać od takich nieporozumień?

Mój nastoletni świat przeżył wtedy koniec. Zdążyłem urządzić nam przyszłość, chociaż o dorosłym życiu miałem pojęcie raczej dekoracyjne. Wystarczało, że ona w nim była, a ja miałem do niego dorosnąć.

Potem zacząłem marzyć o posiadaniu tego numeru. Nie była to może szczególnie szlachetna droga do pogodzenia się z rzeczywistością, ale prowadziła prosto do kiosku.

Jarkowi Bieniukowi zazdrościłem jej obecności przy stole, w samochodzie, w zwyczajnym dniu. Kiedy Ania odeszła, zostało mi współczucie dla niego. I smutek po kimś, kogo nigdy nie znałem, a kto przez lata mieszkał w jednym z najjaśniejszych pokoi mojego dzieciństwa.

Ona nie wiedziała, że istnieję. Ja zdążyłem zaplanować nam życie. Może właśnie tym było moje saudade: tęsknotą za nią i za czasem, kiedy marzenie nie musiało jeszcze odróżniać się od planu.

Tony Muzyki także w aplikacji.
Wybierz język lektury i zachowaj teksty na później.

Dodaj komentarz