Norton Commander od Men I Trust brzmi jak system, który działa, chociaż wszystko wokół już dawno się posypało, i może dlatego ten utwór tak dobrze trafia w momenty, kiedy człowiek siedzi po ciężkim dniu i nie ma już siły ani na dramat, ani na udawanie, że coś jest okej.

To nie jest numer, który próbuje cię podnieść ani pocieszyć, tylko raczej taki, który siada obok i nie zadaje głupich pytań, a to wbrew pozorom jest rzadsze niż wszystkie wielkie refreny świata.

Całość opiera się na bardzo spokojnym, wręcz mechanicznym groove’ie, który przypomina działanie starego programu, gdzie wszystko ma swoje miejsce, swoje tempo i swoją logikę, nawet jeśli interfejs jest toporny i daleki od ideału, a jednak działa, i to „działa” jest tutaj ważniejsze niż „ładnie wygląda”.

Gitara i syntezatory nie wychodzą przed szereg, tylko budują miękką, lekko rozmytą przestrzeń, w której głos Emmy Proulx nie próbuje niczego przebić, tylko płynie dokładnie w tej samej linii, dzięki czemu całość brzmi jak jeden organizm, a nie zbiór elementów walczących o uwagę.

I w tym wszystkim jest coś, co trudno uchwycić, dopóki nie jesteś zmęczony, bo dopiero wtedy zaczyna być wyraźne, że ten utwór nie opiera się na emocjach wprost, tylko na ich resztkach, na tym, co zostaje, kiedy już wszystko zostało powiedziane, przeżyte i trochę przetarte.

Tytuł nie jest przypadkowy, bo Norton Commander jako narzędzie był czymś, co pozwalało ogarnąć chaos plików, nadać im strukturę i zrobić porządek w czymś, co samo z siebie było nieczytelne, i dokładnie tak działa ten numer, tylko że zamiast katalogów i folderów masz myśli, które nie chcą się ułożyć.

To jest muzyka, która nie naprawia życia, ale daje iluzję, że przez chwilę masz nad nim kontrolę, bo wszystko w niej jest uporządkowane, przewidywalne i spokojne, a kiedy w środku masz odwrotnie, taka struktura zaczyna działać jak punkt zaczepienia.

Nie ma tu kulminacji, nie ma momentu, w którym wszystko eksploduje i nagle dostajesz katharsis, bo utwór ten rozumie coś, czego wiele innych nie chce przyjąć do wiadomości, czyli że większość dni nie kończy się żadnym przełomem, tylko przechodzi w kolejne.

I może właśnie dlatego Norton Commander zostaje na dłużej, bo nie obiecuje niczego, czego nie może dowieźć, tylko daje ci trzy, cztery minuty świata, który się nie rozsypuje, nawet jeśli twój właśnie to robi.

W takim stanie, po koszmarnym dniu i tygodniu, to wystarczy bardziej, niż by się chciało przyznać.

Dodaj komentarz