Gdyby emocje miały producenta muzycznego, brzmiałyby jak Jordan Rakei. Precyzyjnie, miękko, bez zbędnego dramatu, ale tak, że i tak trafia gdzie trzeba. I nagle okazuje się, że nawet własne myśli można znieść, jeśli dobrze je zmiksować.

Są momenty, kiedy muzyka przestaje być tłem. Nie leci sobie gdzieś obok, tylko wchodzi trochę za głęboko, dokładnie tam, gdzie masz niedokończone rozmowy, nieodpisane wiadomości i myśli, które wracają zawsze o złej porze. I wtedy wchodzi Jordan Rakei. Nie robi z tym bałaganem porządku w stylu „wszystko będzie dobrze”. On raczej układa go tak, żeby dało się z nim usiąść. Wystarczy odpalić „Eye to Eye” i po kilkunastu sekundach masz wrażenie, że ktoś przejął kontrolę nad tempem Twoich myśli.

To nie jest soul, który się rozlewa

Rakei bardzo łatwo mógłby być kolejnym gościem od ładnego, wrażliwego grania. Ma wszystko, głos, feeling, produkcję, emocje. Ale on robi coś odwrotnego. Zamiast wylewać emocje, on je kontroluje. Zamiast dramatyzować, on je wygładza. Zamiast krzyczeć, mówi półgłosem. I przez to działa mocniej niż połowa artystów, którzy próbują dotknąć duszy. Posłuchaj „Sorceress” i zobacz, jak dużo się tam dzieje, mimo że na pierwszy rzut ucha wszystko wydaje się spokojne. Nie masz wrażenia, że ktoś Ci coś narzuca. Masz wrażenie, że ktoś siedzi obok i ogarnia swój chaos, a Ty przypadkiem ogarniasz swój.

Perfekcja, która nie męczy

Najdziwniejsze w jego muzyce jest to, jak bardzo jest dopracowana i jak bardzo tego nie słychać. Wszystko się zgadza, produkcja jest czysta, aranżacje są przemyślane, wokale siedzą dokładnie tam, gdzie powinny. Ale to nie brzmi jak Excel. To brzmi jak przypadek, który wydarzył się idealnie. „Mind’s Eye” jest tu świetnym przykładem, bo to numer, który brzmi lekko, a jednocześnie jest zbudowany z chirurgiczną precyzją. To jest ten rzadki poziom, w którym perfekcja udaje, że jej nie ma. I może właśnie dlatego chce się do tego wracać, bo to nie męczy.

Muzyka dla ludzi, którzy myślą za dużo

Nie oszukujmy się, to nie jest muzyka dla każdego. To jest muzyka na wieczory, kiedy głowa nie chce się wyłączyć, na spacery bez celu, na momenty, kiedy coś Cię gryzie, ale nie wiesz dokładnie co. Jeśli jesteś typem człowieka, który analizuje rozmowy po fakcie, wraca do sytuacji sprzed lat i ma w głowie więcej zakładek niż w przeglądarce, to jesteś dokładnie w miejscu, w którym ta muzyka zaczyna działać. „Mad World” w jego wersji nie jest tylko coverem, tylko czymś w rodzaju spokojnego pogodzenia się z tym, że nie wszystko trzeba rozkładać na czynniki pierwsze.

Emocje bez spektaklu

W czasach, kiedy połowa muzyki krzyczy „zobacz, co czuję”, Rakei robi coś prawie staromodnego. On filtruje emocje. Nie ma tu wielkich wybuchów, teatralnych refrenów ani przesady. Zamiast tego jest coś dużo trudniejszego, spokój. Ale to nie jest pusty chill. To jest spokój, który przychodzi po przemyśleniu czegoś trudnego. „Ottolenghi” brzmi jak rozmowa, której nikt nie podnosi głosu, a mimo to wszystko zostaje powiedziane.

To nie jest muzyka, którą puszczasz innym

To jest chyba najważniejsze. To nie jest muzyka na imprezę ani do pokazania znajomym. To jest muzyka, którą puszczasz sobie. Trochę jak rozmowa, której nie musisz tłumaczyć nikomu innemu. Trochę jak notatka w telefonie, której nigdy nie opublikujesz. I może dlatego działa tak dobrze, bo nie próbuje być uniwersalna. „Add the Bassline” mogłoby spokojnie działać jako tło, ale jeśli się wsłuchasz, nagle okazuje się, że to wcale nie jest muzyka do pomijania.

I co z tym ogarnianiem głowy?

Czy Jordan Rakei naprawdę ogarnia głowę? Nie. I dobrze. Bo prawda jest taka, że nie wszystko da się ogarnąć. Niektóre rzeczy zostają, niektóre pytania nie mają odpowiedzi, niektóre emocje wracają, nawet jeśli nie chcesz. Ale jego muzyka robi coś innego. Sprawia, że ten chaos jest trochę cichszy, trochę bardziej zrozumiały i trochę mniej straszny. I czasem to wystarczy.

Nie wszystko da się ogarnąć. Ale z dobrą muzyką przynajmniej nie trzeba tego robić w ciszy.

Dodaj komentarz